
Żeby tak dziewce na ręce siedziało, jako kura na grzędzie, pomyślał zbójca, ukradkiem kreśląc znak odpędzający złe. Toż ono plugastwo jest przebrzydłe, bogom i ludziom obmierzłe, ono nie samą krwią się pasie, ale i duszę żywą z żywego wysysa.
A potem przypomniał sobie, co mu muzykant na Przełęczy Zdechłej Krowy gadał. Że czasem norhemne żywego jadziołka własną krwią przywabi i na sługę obróci. I potem ni na krok owego człeka złe nie odstąpi. Tyle tylko, że już go jako swego pilnować będzie, we sny się zakradać, dech z wolna wysysać, duszę kazić.
Na nowo nakreślił znak chroniący od złego.
Plugastwo posłało Twardokęskowi nienawistne spojrzenie żółtych, wąskich oczu, nastroszyło oliwkowe pióra na szyi i zbójca zląkł się, że zaraz skoczy mu do gardła.
Szarka wypowiedziała kilka przyciszonych słów w języku, którego nie umiał rozpoznać i złe spokorniało odrobinę. Jednak nadal syczało i póki nie skończyła go karmić, przezornie trzymał się z daleka.
– Siadaj, Twardokęsek – obojętnie wskazała półmiski, po czym zabrała się za stos pism, które zawalały jej koniec stołu.
Czytała, a on pochłaniał plastry wędzonej świniny, goryczkę po wczorajszym pijaństwie piwem spłukiwał, i ukradkiem przypatrywał się dziewczynie. Co prawda niewiele widział, bo znów okręciła twarz zawojem, ale i tak było mu jakoś niesporo. Nie podobała mu się gładko kuta obręcz na jej głowie. Nie podobało mu się, że milczy i ani na niego nie spojrzy. Nie podobali mu się też sinoborscy łucznicy, którzy z kolei przypatrywali mu się nader czujnie.
Nasyciwszy pierwszy głód, Twardokęsek zadumał się nad malowidłami, którymi ozdobiono ściany komnaty. Nie, żeby przyciągnęły go bardzo udatnie wymalowane w szuwarach kaczki; gdzie im było do wizerunków, co się ukazywały na dnie kubków, które przywlókł na Przełęcz Zdechłej Krowy Mroczek, niegdyś w Spichrzy kupiec bławatny. Ale im się bliżej owym kaczkom i przepiórkom przypatrywał, tym bardziej mu się widziało, że czerwone kamuszki, które drobiowi w miejsce oczu osadzono, to nic innego, jeno szczere rubiny.
