
Nim jeszcze na dobre przebrzmiały dzwony wieszczące koniec porannych modłów, Mierosz, pierwszy spośród sług Zaraźnicy, wsunął się do komnaty. Nosił odświętną kapicę, suto naszywaną u dołu framzą, a jego świeżo wygolony łeb aż połyskiwał. Szedł raźno, kręcił młynka palcami i wydawał się wielce kontent.
Zbójca ściągnął ze stołu niewielki nożyk i podważył ślepie najbliższej kaczki. Sinoborski łucznik pogroził mu wymownie pięścią.
– Jak przeszła noc? – zagaił Mierosz.
– Dobrze – ucięła Szarka. – Przysposób mi pakunki na drogę – podała mu kartę zapisaną rzędami drobnego pisma. – Odpłynę dziś jeszcze.
Mierosz posiniał, oparł się ciężko o wyzłacane malowidło i przez chwilę zdawał się bliski apopleksji. Zaraz wszakże oznajmił mocnym głosem:
– To się nie godzi!
– Godzi, nie godzi – wzruszyła ramionami Szarka – za jedno stanie. Grunt, że dogadałyśmy się z twoją boginią. Poza tym nie będzie ćwiartowania, bo Twardokęska zabieram ze sobą. Ano, Twardokęsek – dodała złośliwie. – Jeśli myślałeś, że z dobrego serca wyciągam cię spod katowskiego topora, to srodześ pobłądził. Potrzebny mi przewodnik. Ktoś obrotny, kto dobrze zna okolicę i nie poleci w pierwszym miasteczku wójtowi na mnie donieść. Nadasz się wyśmienicie. Drabom nic nie powiesz, bo cię pierwszego obwieszą, a będziesz próbował uciekać, jadziołek zagna cię z powrotem – podrapała złe po oliwkowym podgardlu, aż przymrużyło oczy z przyjemności.
Zbójca milczał, z namysłem przeżuwając słowa Szarki. Nic to, myślał, lepsza już dziewka z plugastwem niż ćwiartowanie, a jak staniemy w Górach Żmijowych, to jeszcze obaczym, kto tam kogo będzie na łańcuchu prowadził. Ani chybi, i jadziołek zdrzemnąć się musi, a dziewka podstępem dri deonema ubiła, sama zaś mdła jest, chuderlawa, łacno ją człek przemyślny pokona.
