
Magnus uśmiechnął się.
– Co takiego?
– Kto będzie mnie teraz rano ubierał? Kto poda mi śniadanie, uczesze włosy, pościele łóżko? No i skąd weźmiemy pościel?
Wielkie nieba! przestraszył się Magnus, ale rzekł uspokajająco:
– Wszystko jakoś się ułoży.
Wielki mroczny cień przesunął się nad polaną. Księżniczka poderwała się z krzykiem, kiedy jednak zobaczyła Endrego na koniu, prowadzącego za uzdę drugiego wierzchowca, uspokoiła się.
Odwróciła się pośpiesznie do Magnusa, mówiąc:
– Możesz zwracać się do mnie po imieniu, ale to nie dotyczy twego służącego.
– Endre jest moim przyjacielem, nie służącym.
– Przecież to chłop – wykrzywiła pogardliwie usta.
Ty mała jędzo! pomyślał, dosiadając konia, ale nie śmiał się sprzeciwiać.
– Endre, musimy dotrzeć do Bergen, ale nie zdołamy tam dojechać przez jedną noc. Co proponujesz?
Endre zamyślił się. Gdy już usadowił Marię Brandenburską w siodle na koniu Magnusa, powiedział:
– Rodzina mojej matki… Oni mieszkają w Valdres.
– Świetnie! – ucieszył się Magnus. – Ruszajmy zatem do Valdres!
Wyjechali z lasu, kierując się ku ciągnącemu się na zachodzie łańcuchowi gór. Za plecami uciekinierów niczym olbrzymia pochodnia płonął pałac. Ogień trzaskał, tańczące płomienie rozświetlały nocne niebo, zamieniając w zgliszcza stuletnią posiadłość. Mieszkańcy osady na drugim brzegu jeziora Mjøsa z przerażeniem obserwowali pożar odbijający się w lustrze wody.
Duszący dym zalegał nad wzgórzem. Uciekinierzy tarli załzawione oczy. Maria kasłała, więc Magnus przycisnął ją mocniej do swej piersi, by uchronić przed dławiącymi oparami. Niecierpliwie popędzali rżące przeraźliwie i wierzgające konie, które nie chciały wjechać w ścianę dymu.
