Nie zareagowałam na przytyk Stephanie, więc powtórzyła go jeszcze raz, starannie uśmiechnięta.

— Ty jesteś Wołem, Diano. Wykonujesz pożyteczną pracę.

— Właśnie mam zamiar — rzuciłam.

Nalała sobie kolejnego drinka.

— Czy David będzie na tym przyjęciu u Colina Kowalskiego?

— Nie. Jestem pewna, że nie. Ale będzie w sobotę u Sarah, przy zbieraniu funduszy na jej kampanię. Oboje dawno temu obiecaliśmy, że się zjawimy.

— A ty pójdziesz?

— Nie wydaje mi się.

— Rozumiem. Ale jeżeli między tobą a Davidem definitywnie koniec…

— Zajmij się nim, Stephanie.

Nie patrzyłam jej w twarz. Odkąd David się wyprowadził, straciłam siedem funtów wagi i troje przyjaciół.

Tak więc możecie mówić, że wstąpiłam do ANSG, bo zostałam porzucona. Możecie mówić, że byłam zazdrosna. Możecie mówić, że zbrzydziłam sobie Stephanie oraz wszystko, co sobą reprezentowała. Że znudziło mnie własne życie w tym akurat niesłychanie nudnym jego momencie. Że szukałam sobie nowej podniety. Że działałam pod wpływem impulsu.

— Wyjeżdżam na jakiś czas z miasta — odezwałam się.

— Tak? A dokąd jedziesz?

— Sama jeszcze nie jestem pewna. To będzie zależało. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na roztrzaskanego, na wpół rozumnego i bardzo drogiego psa. Na szczyt amerykańskiej technologii.

Możecie mówić, że poczułam się patriotką.


* * *

Następnego ranka poleciałam do biura Colina Kowalskiego, mieszczącego się w kompleksie budynków rządowych w zachodniej części miasta. Widziane z powietrza, budynki i obszerne lądowiska układały się w geometryczny wzór, otoczony luźnymi formami połaci drzew obsypanych żółtym kwieciem.



15 из 355