Widziałam, że pędzi wprost na wystający z ziemi głaz. Żółta linia toru przemykała tuż ponad nim. Jeździec przerzucił ciężar ciała na środek, próbując zmniejszyć prędkość, ale zrobił to za późno. Skuter wierzgnął, stracił kontakt z torem i zarzuciło go w bok. Jeździec poleciał na ziemię. Głowa uderzyła w głaz z szybkością ponad milę na minutę.

Po chwili po jego ciele przemknął drugi skuter, a stożki energetyczne utrzymały go idealnie sześć cali nad rozbitą czaszką.

Mój helikopter schodził w dół wśród wierzchołków drzew, by po chwili wylądować między dwoma gazonami pełnymi jaskrawych kwiatów.

Colin Kowalski przywitał mnie już w holu — surowym neo-wrightowskim atrium, utrzymanym w przygnębiających szarościach.

— Mój Boże, Diano, ależ pobladłaś! Co się stało?

— Nic takiego — odrzekłam.

Śmiertelne wypadki na skuterach zdarzają się bez przerwy. Nikt nie próbuje ująć wyścigów w jakieś ramy prawne, a już na pewno nie politycy, którzy dzięki nim kupują sobie głosy. Bo niby po co? Amatorzy Życia sami wybierają sobie tę głupią śmierć, tak samo jak z własnego wyboru zażywają słoneczko, zapijają się do utraty świadomości albo marnują życie, zanieczyszczając środowisko naturalne ciut szybciej, niż roboty są w stanie je oczyścić. Kiedyś, kiedy wystarczało pieniędzy, roboty środowiskowe świetnie dawały sobie radę. Stephanie w jednym miała absolutną rację: nie obchodzi mnie, co robią Amatorzy Życia. Bo niby dlaczego? Bez względu na to, czego dokonała moja matka czterdzieści lat temu, dziś Amatorzy Życia nie liczą się ani pod względem ekonomicznym, ani politycznym. Są wszechobecni, ale bez znaczenia. Chodziło raczej o to, że nigdy wcześniej nie widziałam wypadku z tak bliska. A rozbita czaszka miała równie mało istotny wygląd, jak korona kwiatu.

— Potrzeba ci świeżego powietrza — oświadczył Colin. — Może się przejdziemy?



17 из 355