
— Co takiego? — parsknęłam zaskoczona. — Właśnie łyknęłam świeżego powietrza. A teraz raczej bym sobie usiadła.
— Czy lekarz nie zalecił ci relaksujących spacerów? W twoim stanie?
Colin wziął mnie pod rękę, a tym razem miałam dość rozumu, żeby nie wyskoczyć z żadnym: „W moim czym?” Stary nawyk szybko wraca. Colin obawiał się, że budynek nie jest dość szczelny.
Ale jak to możliwe, żeby kompleks budynków rządowych, otoczony polem Y o maksymalnym stopniu skuteczności, nie był dość szczelny? Całe to miejsce musi być przecież wielowarstwowo chronione, zabezpieczone i nieustannie sprawdzane. Istniała tylko jedna grupa ludzi, którą można by od biedy podejrzewać o możliwość wyprodukowania do tego stopnia niewykrywalnej aparatury inwigilującej… Zaskakiwałam sama siebie. Serce dosłownie zamarło mi na chwilę. Wygląda na to, że wciąż jeszcze jestem w stanie zainteresować się czymś poza samą sobą.
Colin szedł obok mnie przez prześliczny ogródek-świątynię dumania, aż w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń trawnika. Posuwaliśmy się wolno, jak przystało osobie w moim stanie — jaki by on nie był.
— Colin, skarbie, czy ja może jestem w ciąży?
— Masz chorobę Gravisona. Rozpoznaną zaledwie dwa tygodnie temu w Enklawie Medycznej Johna C. Frementa, na podstawie regularnych uskarżań się na zawroty głowy.
— W moich aktach medycznych nie ma śladu żadnych uskarżań.
— Teraz już jest. Trzy zgłoszenia w ciągu ostatnich czterech miesięcy. I mylna diagnoza dotycząca stwardnienia rozsianego. Twoje problemy zdrowotne to jedna z przyczyn, dla których porzucił cię David Madison.
Mimowolnie skrzywiłam się, słysząc nazwisko Davida. Niektóre miejsca pełne są połyskujących wieżowców, zbudowanych na jałowej, zdradziecko niestabilnej ziemi. Na przykład Japonia. A są też takie, które przypominają Eden — bogate, ciepłe, wibrujące kolorami — gdzie powstaje tylko gorycz. Czyja to wina? Mieszkańców rajskiego ogrodu, rzecz jasna. Oni z pewnością nie mogą zwalić winy na ciężkie dzieciństwo.
