
— Nie miałem zamiaru robić ci szkolenia — odrzekł nieco sztywno. — Potrzebujemy cię do inwigilacji. Masz przygotowanie, jesteś czysta i nikt nie będzie śledził elektronicznie twoich posunięć. A gdyby nawet przyciągnęły one czyjąś uwagę, choroba Gravisona będzie tu doskonałą przykrywką.
Jak do tej pory wszystko się zgadzało. „Miałam przygotowanie”, bo piętnaście lat wcześniej wzięłam udział w nie notowanym programie szkoleniowym — do tego stopnia tajnym, że do tej pory nie skorzystano z usług wyszkolonych wtedy agentów. W każdym razie z moich usług nie skorzystano, ale z drugiej strony zrezygnowałam przecież przed ukończeniem. Zjawił się Claude. Albo któryś z pozostałych. Colin Kowalski także uczestniczył w tym programie i od tej chwili datuje się jego kariera w agencji rządowej. Byłam czysta, bo w żadnym banku danych nie pojawiło się ani jedno słowo na temat tego kursu.
Ale musiało być jeszcze coś, o czym Colin mi nie mówił; coś mi nie pasowało w jego zachowaniu.
— A czyjej dokładnie uwagi miałabym do siebie nie przyciągnąć? — zapytałam, choć znałam już odpowiedź.
— Bezsennych. Ani tych z Azylu, ani tej grupki z Huevos Verdes. Chciałem powiedzieć: La Isla.
Huevos Yerdes. Zielone Jaja. Pochyliłam się i udałam, że poprawiam coś przy sandale, żeby ukryć uśmiech. Nigdy nie słyszałam, żeby Bezsenni mieli poczucie humoru.
— Dlaczego choroba Gravisona będzie stanowić doskonałą przykrywkę? — zapytałam czując narastające podniecenie. — I co to właściwie jest choroba Gravisona?
— Zaburzenia mózgowe. Wywołuje wzmożoną ruchliwość i nadpobudliwość.
— Więc natychmiast pomyślałeś o mnie. Dzięki, skarbie.
Chyba się zniecierpliwił.
— Często prowadzi do nieustannych, bezcelowych podróży. Diano, tu nie ma miejsca na żarty. Jesteś ostatnia z naszych ukrytych agentów, co do których możemy być pewni, że nie pojawili się w żadnych elektronicznych zapisach, zanim Azyl wyhodował tych tak zwanych Superbystrych na swojej odizolowanej stacji.
