
W słowach Colina uderzyło mnie jakieś niedomówienie — pewien szczególny rodzaj szarawego w tonacji, rządowego niedomówienia. To, co nazwał „niebezpiecznymi genetycznymi sztuczkami”, było w rzeczywistości terrorystyczną próbą użycia śmiercionośnego, genomodyfikowanego wirusa, ażeby za jego pomocą trzymać w charakterze zakładników pięć najludniejszych amerykańskich miast. Ten niewiarygodny, szaleńczy i śmiały akt terroryzmu miał na celu wymuszenie zgody Stanów Zjednoczonych na autonomię Azylu. I tylko dlatego im się nie udało, że najwłaśniejsza wnuczka Jennifer Sharifi, Miranda, w wyniku jakiejś Bóg jeden wie jak pokręconej polityki wewnątrzrodzinnej wydała terrorystów agentom federalnym. Wszystko to zdarzyło się trzynaście lat temu — Miranda Sharifi miała wtedy szesnaście lat. Ona i pozostali Superbezsenni, którzy uczestniczyli w tej akcji, zostali tak bardzo zmienieni genetycznie, że już nawet nie myślą tak jak istoty ludzkie. Są innym gatunkiem.
Czyli dokładnie tym, przed czym miała nas ustrzec ANSG.
A jednak dwadzieścioro siedmioro Superbezsennych — żywych i spacerujących wśród nas — stanowiło niewątpliwie fakt dokonany. Zresztą nie było ich nawet wśród nas — kilka lat temu przeprowadzili się wszyscy na wyspę, którą zbudowali sobie w pobliżu brzegów Jukatanu. Właśnie tak: zbudowali. Jednego miesiąca jest tam międzynarodowy ocean — właściwie nie ma jeszcze żadnego „tam” — a następnego mamy już najprawdziwszą wyspę. I to nie żadną konstrukcję pływającą, jak w przypadku Sztucznych Wysp, lecz podłoże skalne, schodzące aż na sam dół, do szelfu kontynentalnego, który w tym miejscu nie leżał akurat szczególnie płytko.
