
Pochyliłam się, żeby zerwać źdźbło bardzo zielonej genomodyfikowanej trawy.
— Colinie, nie uważasz, że gdyby Superbystrzy chcieli, żeby Jennifer Sharifi i reszta ich dziadków wyszli z więzienia, to już by ich stamtąd wyciągnęli? To chyba oczywiste, że młodzi kontrrewolucjoniści chcą, żeby banda seniorów pozostała dokładnie tam, gdzie jest.
Chyba zirytowałam go jeszcze bardziej.
— Diano, Superbezsenni nie są bogami. Nie mogą panować nad wszystkim. To tylko ludzie.
— Wydawało mi się, że według waszych standardów już ludźmi nie są.
Puścił to mimo uszu. A może nie.
— Powiedziałaś mi wczoraj, że uwierzyłaś w sens zwalczania nielegalnych eksperymentów genetycznych. Takich eksperymentów, które mogą w nieodwracalny sposób zmienić ludzkość.
Przypomniałam sobie obraz Katousa roztrzaskanego o płyty chodnika, a nad nim roześmianą Stephanie. „Ciastko, proszę!” Rzeczywiście powiedziałam Colinowi, że uwierzyłam w sens powstrzymywania rozwoju inżynierii genetycznej, ale nie dla powodów tak prostych, jak te podane przez niego. Nie chodziło bynajmniej o to, że miałam coś przeciwko nieodwracalnym zmianom u ludzi — prawdę mówiąc, często miałam wrażenie, że to nie byłby taki znów zły pomysł.
Rodzaj ludzki nie wydawał mi się aż tak doskonały, by na wieki zakazać w nim wszelkich zmian.
