
— Czy monitor posłał robostrażnika, żeby je zabił, zanim się zepsuł?
— Robostrażnik też się zepsuł.
— Cholera. — Annie wykrzywiła twarz. — Następnym razem nie głosuję na Samuelsona.
— A myślisz, że to jakaś różnica? Oni wszyscy jednacy. Ale ty musisz trzymać Lizzie w domu, póki ktoś nie zrobi porządku z tymi szopami. Lizzie, masz nie wychodzić, słyszysz?
Lizzie pokiwała głową. Ale zaraz, jak to Lizzie, zaczęła te swoje pytania.
— Ale kto, Billy?
— Co kto?
— Kto zrobi porządek z tymi szopami? Jak robostrażnik jest zepsuty?
Nikt jej nie odpowiedział. Annie wzięła z powrotem nóż i wróciła do obierania jabłek. Oparłem się wygodniej o ścianę. Nie było tu żadnych krzeseł, to jasne — w kuchni kafeterii nie ma być nikogo poza robotami. Annie pierwszy raz włamała się tutaj zeszłego roku, we wrześniu. Nie przejmowała się robotami, które przygotowywały jedzenie na pas żywieniowy. Brała tylko a to odrobinę cukru, a to trochę sojsyntu, a to kilka świeżych owoców z kontenera dostawczego i gotowała. Pyszności — nikt nie umiał gotować tak jak Annie.
Owocowe placki takie, że na sam widok słodka ślinka ciekła do ust. Gorące, korzenne pasztety. Maślane bułeczki puszyste jak chmurki.
A ona kładła je do pojemników na pasie żywieniowym, na którym jechały potem do kafeterii, a ludzie wybierali je na swoje chipy żywnościowe. Ci głupcy pewnie nawet nie zauważyli, o ile lepsze są jej dania od tego, co zwykle dzień i noc krąży na pasie żywieniowym. No i oczywiście przy ryczącym na pełen regulator holoterminalu i grającej ciągle muzyce tanecznej nikt nie mógł usłyszeć, że są w środku, nawet gdyby Annie i Lizzie wysadziły całą tę cholerną kuchnię w powietrze.
