Annie mówi, że lubi gotować. Lubi być zajęta. Czasem to mi się wydaje, że jak na kogoś, kto tak strasznie chce wychować Lizzie na dobrą Amatorkę Życia, Annie sama coś za bardzo przypomina Woła. Ale w życiu bym jej tego nie powiedział. Bo mi jeszcze to życie miłe.

Annie zaczęła nucić pod nosem przy obieraniu. Ale Lizzie wcale nie przestała pytać.

— Kto zrobi porządek z tymi szopami? — powtórzyła jeszcze raz. Annie zmarszczyła brwi.

— Może ktoś przyjedzie naprawić robostrażnika.

Brązowe oczy Lizzie nawet nie mrugnęły. Czasem to aż się człowiekowi robi straszno, kiedy ona tak się w niego wpatruje i nawet przy tym nie mrugnie.

— Nikt nie przyjechał naprawić obieraka. Nikt nie przyjechał naprawić robosprzątaczki w kafeterii. A sama wczoraj mówiłaś, że Woły nie przyślą nikogo, nawet kiedy zepsuje się główna linia z sojsyntem.

— No, nie mówiłam tego na poważnie — odpowiedziała Annie. Obierała teraz trochę szybciej. — Jakby to się zepsuło, to już nikt w całym mieście nie miałby nic do jedzenia!

— No to mogliby się dzielić. Mogliby się podzielić jedzeniem, które ludzie wzięli z pasa, zanim się zepsuł.

Annie i ja spojrzeliśmy po sobie. Ja sam kiedyś widziałem miasto, w którym zepsuł się pas żywieniowy. Skończyło się na zabiciu sześciu ludzi. A to było jeszcze, kiedy grawkolej działała bez problemu i ludzie mogli pojechać do innych miast w tamtym okręgu.

— Tak, kochanie — powiedziała Annie. — Ludzie mogliby się podzielić.

— Ale ty i Billy myślicie, że nie będą chcieli, co?

Annie nie odpowiedziała. Nie lubiła okłamywać Lizzie.

— Tak, Lizzie — odezwałem się. — Wielu nie będzie chciało.

Lizzie zwróciła na mnie swoje brązowe oczy.

— Dlaczego nie będą chcieli się podzielić?

— Bo ludzie już się odzwyczaili od dzielenia. Teraz myślą, że im się należy. Mają do wszystkiego prawo, bo przecież po to wybierają polityków. Woły-politycy płacą za to podatki, a te podatki to nasze kafeterie, składy, jednostki medyczne i łaźnie, które pozwalają Amatorom uczciwie żyć.



30 из 355