— Ale ludzie bardziej się ze sobą dzielili, jak byłeś młody, co, Billy? Bardziej się dzielili, prawda?

— Od czasu do czasu. Przeważnie pracowali, jak coś chcieli mieć.

— Dosyć tego — wtrąciła ostro Annie. — Nie zawracaj jej głowy tym, co minęło, Billy Washingtonie. Ona jest Amatorką Życia. Przestań gadać tak, jakbyś sam był Wołem! A ty, Lizzie, masz już więcej o tym nie mówić.

Ale nikt nie zatrzyma Lizzie, kiedy już raz zacznie. Ona jest jak grawkolej. To znaczy: jak grawkolej kiedyś, nie jak ta od zeszłego roku.

— W szkole mówią, że mam szczęście, że jestem Amatorką Życia. Mogę żyć jak arystokratka, bo to Woły muszą wykonać za mnie całą pracę. Woły służą Amatorom, bo to Amatorzy rządzą przez swoje głosy. Ale jeśli to my rządzimy, to czemu nie możemy się doprosić, żeby ktoś naprawił robostrażnika, robosprzątaczkę i roboobierak?

— Od kiedy to chodzisz do szkoły? — zażartowałem, żeby zmienić temat, zanim Annie na dobre się wścieknie. — Myślałem, że tylko się bawisz nad rzeką, razem z Susie Mastro i Carleną Terrell. Agro z ciebie Amatorka, niech mnie!

Popatrzyła na mnie, jakbym był zepsutym robotem.

— Bo masz szczęście, że jesteś Amatorką Życia — wtrąciła sucho Annie. — I masz tak mówić, jakby się kto pytał.

— A kto?

— Wszystko jedno kto! A w ogóle to nie powinnaś tyle chodzić do tej szkoły. Prawie wcale nie spotykasz się z innymi dziećmi. Chcesz, żeby miały cię za wariatkę? — Rzuciła jej groźne spojrzenie.

Ale Lizzie już mówiła do mnie:

— Billy, kto zrobi porządek z tymi szopami, jak nikt nie naprawi robostrażnika?

Rzuciłem okiem na Annie. Zasapany, zacząłem dźwigać się z podłogi.



31 из 355