
— Nie mam pojęcia, Lizzie. Po prostu na razie nie wychodź z domu, zgoda?
— Ale co będzie, jak któryś z tych szopów kogoś ugryzie?
Miałem dość rozumu, żeby się nie odzywać. W końcu odpowiedziała jej Annie:
— Jednostka medyczna jeszcze działa.
— A jak się zepsuje?
— Nie zepsuje się.
— A jak tak?
— Nie zepsuje się!
— A skąd wiesz? — zapytała Lizzie i dopiero teraz się zorientowałem, że to coś w rodzaju prywatnych wyścigów skuterowych między matką a córką. Niewiele z tego rozumiałem, ale wiedziałem jedno: prowadzi Lizzie. Powtórzyła teraz: — A skąd ty wiesz, że jednostka medyczna się nie zepsuje?
— Bo jak się zepsuje, kongresmenka Land przyśle tu kogoś, żeby ją naprawił. Jednostka medyczna to część jej podatków.
— Nie przysłała nikogo, żeby naprawił robosprzątaczkę. Ani roboobieraka. Ani…
— Jednostka medyczna to co innego! — warknęła Annie. Dziabnęła jabłko tak mocno, że kawałek miąższu stoczył się ze stołu, który ukradłem dla niej z kafeterii.
— Dlaczego jednostka medyczna to co innego?
— Bo tak! Jak się zepsuje medjednostka, ludzie mogą zacząć umierać, a na to żaden polityk nie pozwoli. Bo nikt by na niego nie głosował!
Lizzie myślała nad tym chwilę. A ja pomyślałem sobie, że już po wyścigu, i odetchnąłem swobodniej. Ostatnio mi się zdaje, że one przez cały czas się kłócą. Lizzie dorasta, a mnie się to bardzo nie podoba. Coraz trudniej chronić ją przed niebezpieczeństwem.
— Ale ludzie mogą umrzeć i przez te wściekłe szopy — powiedziała. — No to jak to jest, bo powiedziałaś, że nadzorca okręgowy Samuelson nie przyśle nikogo do naprawy robota, a kongresmenka Land przysłałaby kogoś do naprawy medjednostki?
Roześmiałem się. Nic nie mogłem poradzić — była taka bystra. Annie rzuciła mi groźne spojrzenie i od razu pożałowałem tego śmiechu.
— No to może się myliłam! — warknęła. — Może ktoś naprawi robostrażnika! A może ja już na niczym się nie znam!
