
— Billy też powiedział, że nikt go nie naprawi — odpowiedziała spokojnie Lizzie. — Billy, jak to jest, że ty…
— Bo nawet Woły już nie mają tyle pieniędzy co kiedyś, żeby płacić podatki. I za dużo rzeczy się teraz psuje. I oni tam muszą wybierać, co trzeba naprawić — odpowiedziałem.
— No, ale dlaczego politycy już nie mają pieniędzy na podatki? I dlaczego teraz psuje się więcej rzeczy?
Annie wrzuciła obrane jabłka na taśmę i chlapnęła na nie ciastem, jakby to było błoto.
— Bo inne kraje teraz też robią tanią energię Y. Dwadzieścia lat temu my byliśmy jedyni, a teraz już nie. Ale wszystko się psuje…
— I ty w to wierzysz! — wybuchnęła Annie. — W te wszystkie kłamstwa, które opowiadają nam politycy w sieciach? Ta cała Land, ten Samuelson i Drinkwater! Szczywater! To wszystko kłamstwa, za każdym razem, kiedy tylko któryś z nich otworzy gębę, same kłamstwa! Chcą się tylko wymigać od płacenia podatków! Tych podatków, które zarobiliśmy sobie naszymi głosami! A mówiłam ci przecież, żebyś nie mieszał dziecku w głowie wołowskimi kłamstwami, Billy Washingtonie!
— To nie kłamstwa — sprzeciwiłem się, ale nie znoszę, kiedy Annie się na mnie wścieka, jeszcze bardziej niż kiedy wścieka się na Lizzie. Rani mi serce. Stary dureń ze mnie.
Lizzie to widziała. Taka właśnie była — w jednej chwili przyciska i przyciska, w następnej sama słodycz. Objęła mnie.
— W porządku, Billy. Ona się na ciebie nie wścieka. Nikt się na ciebie nie wścieka. My cię przecież kochamy.
Przytuliłem ją do siebie. Jakbym trzymał w ręku ptaka: cieniutkie kostki i roztrzepotane serce. Pachniała jabłkami.
Moja zmarła żona, Rosie, i ja nigdy nie chcieliśmy dzieci. Nie mam pojęcia, co sobie ubzduraliśmy. Ale na głos powiedziałem:
— Tylko nie wychodź z domu, póki ktoś nie zabije tych szopów.
