
Annie rzuciła mi szybkie spojrzenie. Zajęło mi chwilę, zanim się połapałem, że ona się boi, żeby Lizzie nie zaczęła z powrotem z tym swoim: „A kto je zabije, Billy?” Ale Lizzie nic nie zaczęła. Powiedziała tylko, słodka jak miód:
— Nie będę wychodzić. Zostanę w domu.
Ale teraz to Annie nie mogła odpuścić. Ja tam zupełnie nie rozumiem matek. Powiedziała:
— I trzymaj się przez jakiś czas z daleka od tej twojej szkoły, Lizzie. Nie jesteś Wołem.
Lizzie nie odpowiedziała.
Annie chce tylko tego, co dla Lizzie najlepsze. Ja tam dobrze o tym wiem. Lizzie musi mieszkać w East Oleancie, tu do spółki z koleżankami wynajmie mieszkanie, będzie chodzić na wyścigi skuterowe, wysiadywać w kafeterii, tu wybierze sobie kochanków i tu urodzi swoje dzieci. Annie chciała, żeby Lizzie tu pasowała, jak każdy agro Amator, nie jak jakiś stuknięty i dziwaczny niby-Wół. Jak to matka. Annie sama mogła się zakradać do kuchni w kafeterii kongreswoman Janet Carol Land, żeby sobie pogotować, ale mimo wszystko dalej była Amatorką Życia, do szpiku kości.
A Lizzie była inna.
Dawno temu, kiedy chodziłem do szkoły, a ten kraj wyglądał zupełnie inaczej, nauczyłem się paru rzeczy. Teraz one wszystkie jakby za mgłą, ale to i owo jeszcze głowy się trzyma. Sprawy sprzed czasów Amatorów i Wołów. Sprzed składów i kafeterii. Sprzed czasów, kiedy to politycy zaczęli nam płacić podatki, a nie odwrotnie. Jeszcze z tych czasów, kiedy ciągle robiliśmy Bezsennych i można było przeczytać o nich w gazetach. Kiedy jeszcze były gazety. Takie coś, jedno słowo o genomodyfikacji — ale znaczy coś, co nie było genomodyfikowane. Co było naturalne. Lizzie uczy się w szkole, że Woły są gorsze od nas, bo trzeba ich genomodyfikować, żeby mogli zapracować na to wszystko, czego nam, Amatorom, potrzeba. Ale tamto słowo nie mówiło o tym naturalnym, przez które Amatorzy są lepsi od Wołów. Tamto to było inne naturalne, coś, co zdarza się samo z siebie, ale sprawia, że różnisz się od wszystkich innych naturalnych Amatorów dookoła. To słowo wyjaśniało, dlaczego Lizzie zadawała tyle wołowskich pytań, kiedy sama nie jest Wołem ani nie ma żadnych genomodyfikacji, chociaż to słowo mówiło właśnie o jej genach. Jak to mogło być? Już mówiłem, miałem to słowo jak za mgłą. Ale w końcu sobie przypomniałem.
