
Nagle zacząłem się zastanawiać, czy to naprawdę Samuelson. Może to holo idzie z taśmy. Może Samuelson jest całkiem gdzie indziej — ubiera się na przyjęcie albo jest w kombinezonie, albo i goły, akurat sra. Dziwnie było o tym myśleć.
— Słucham, burmistrzu Sawicki? — odezwał się Samuelson. — Czym mogę panu służyć?
— W East Oleanta pojawiły się co najmniej cztery wściekłe szopy, panie nadzorco. Monitor terenowy wykrył je, zanim zdążył się zepsuć. Widzieliśmy je już w samym mieście. Są niebezpieczne. A mówiłem panu już dwa tygodnie temu, że robostrażnik do zwierzyny się zepsuł.
— Sprawy związane z nadzorem zwierzyny należą do obowiązków Sellica Corporation. Zawiadomiłem ich natychmiast, kiedy tylko pan mnie powiadomił.
Ale Jack nie miał zamiaru kupić takiego gówna. Tak jak mówiłem, dobry z niego burmistrz.
— Nie obchodzi nas, kto powinien się tym zająć! Do pańskich obowiązków należy dopilnować, żeby ktoś to zrobił. Po to właśnie pana wybraliśmy.
Twarz Samuelsona nie zmieniła wyrazu. To właśnie wtedy doszedłem do wniosku, że to musi iść z taśmy.
— Przepraszam, panie burmistrzu, ma pan absolutną rację. Naprawdę, bardzo mi przykro. Ta sprawa nie będzie dłużej zaniedbywana.
Ludzie pokiwali głowami — cholerna racja. Za moimi plecami Paulie Cenverno mruknął:
