
— A jeśli nawet, to co? To same bzdury.
Tego już nie mogłem odpuścić.
— Dlaczego same bzdury?
— Dlaczego?! Rusz głową, Billy. Jak może istnieć jakieś miejsce — nawet w górach — żeby Woły o nim nie wiedziały? Woły obsługują tu wszystko, góry też. Mają helikoptery i samoloty, z których dojrzą, co trzeba. A zresztą po co komu takie miejsce bez Wołów? Kto by tam pracował?
— Roboty — odpowiedziałem.
— A kto by je robił?
— Może my?
— Amatorzy mieliby pracować? Ale po co, na litość boską? Przecież nie musimy pracować, od tego mamy Wołów! Mamy prawo do tego, żeby obsługiwały nas Woły i ich roboty, przecież sami ich wybraliśmy! Po co nam miejsce bez służby publicznej?
Była za młoda — nie pamiętała czasów, zanim zaczęło się głosowanie przez holoterminal, a licencjonowane fabryki dawały tanie roboty i żywnościowe chipy i wszędzie było pełno tych z Misji Świętego Życia, którzy wydawali wielkie pieniądze na kościoły i gadali o liliach na łące i uświęconej radości, i o tym, że Bóg wolał Marię od Marty. Annie nie pamięta tych wszystkich ruchów na rzecz demokracji, z których każdy chciał nam pokazać, jak to w demokracji zwykły człowiek staje się arystokratą i panem swoich publicznych służb.
Szkoły były za demokracją. Amerykańscy Irlandczycy za demokracją. Mieszkańcy stanu Indiana za demokracją. Czarni za demokracją. Ja tam nie wiem. Roboty wzięły od nas ciężką pracę i byliśmy szczęśliwi, oddaliśmy ją bez żalu. Politycy zaczęli gadać o chlebie i igrzyskach, zaczęli mówić do wyborców „proszę pani” i „proszę pana”, budować kafeterie, składy i tory wyścigowe, i mieszkania komunalne. Annie tego nie pamięta. Lubi gotować i szyć i nie spędza całych dni na psychoimprezach, tańcach albo z kochankami, jak niektóre, ale mimo to nigdy nie trzymała w ręku siekiery, którą się trzeba zamachnąć, nigdy nie trzymała ani motyki, ani topora, ani młota.
