
Aż nagle zdałem sobie sprawę, jaki to ze mnie stary głupiec i jak bardzo się mylę. Bo ja sam nieraz musiałem zamachnąć się ciężkim narzędziem, jak pracowałem przy budowie dróg w Georgii; miałem wtedy ledwie kilka lat więcej od Lizzie. A kiedy przestałem robić z siebie dupka, przypomniało mi się wyraźnie, jak bolał mnie grzbiet, jakby za chwilę miał pęknąć, jak na skórze robiły mi się pęcherze od słońca i jak gryzły mnie końskie muchy w otwarte rany, tam gdzie pogryzły wcześniej. A w nocy byłem taki zmęczony i obolały, że płakałem za matką — w poduszkę, żeby nie słyszeli starsi mężczyźni. I taką właśnie robotę odwalaliśmy my, a nie żaden czyściutki zespół wołowskich robotów. Przypomniało mi się, jak się bałem, że stracę tę wredną robotę, bo wtedy nie było kafeterii pani kongreswoman Janet Carol Land ani chipów żywnościowych senatora Marka Todda Ingallsa, ani bloku mieszkalnego senatora Calvina Guya Winthropa przy Jay Street. Ten strach był jak nóż w mózgu, kiedy brygadzista przyszedł jednego piątkowego wieczoru i powiedział: „To koniec, Washington. Jesteś zwolniony”, a ty chciałeś tylko wyjąć sobie ten nóż z głowy i wbić mu prosto w samo serce, bo przecież za co teraz będziesz jadł, zapłacisz komorne, będziesz żył. Przypomniałem sobie, jak to wszystko było, już w minutę po tym, jak otwarłem do Annie tę swoją gadatliwą gębę.
— Masz rację — powiedziałem nie patrząc na nią. — Nie ma dla nas Edenu. Lepiej już pójdę do domu.
— Zostań — powiedziała łagodnie Annie. — Proszę, Billy. Na wypadek, gdyby coś się miało dziać w kafeterii.
Tak jakby ktoś mógł się włamać do mieszkania z pianki budowlanej. Albo jakby taki połamany staruch jak ja mógł w czymś pomóc jej albo Lizzie. Ale zostałem.
W ciemności słyszałem, jak Annie i Lizzie ruszają się w swoich sypialniach. Jak chodzą, kładą się do łóżek, jak się przewracają i układają do snu. Gdzieś w środku nocy musiała spaść temperatura, bo słyszałem, jak włącza się grzejnik na energię Y. Wsłuchałem się, jak oddychają, ta kobieta i to dziecko, i wkrótce sam usnąłem.
