
Był to bardzo dziwny dym, gdyby nie ta barwa, mógłby przywodzić na myśl mgłę. Paskudną mgłę. Snujący się, jakby poszukujący, kłębiący i ścigający wznosił się i jakby węszył między skąpą, wyschniętą roślinnością w rozpadlinie.
Może wysoko w górach wiał lodowaty wiatr, jednak tutaj, w zagłębieniu, panowała absolutna cisza, więc dym powinien iść w górę. Tymczasem nie.
Na krawędzi szczeliny siedziało sześć skulonych cieni i spoglądało na dół. Raz po raz przenikał je lodowaty dreszcz, radość pomieszana z lękiem.
„Idą! Nasi niewolnicy z głębokiej otchłani idą do nas, by nam służyć!”
„Tak! Ale pamiętajcie: To my jesteśmy panami!”
„Tak, tak, my jesteśmy ich panami, my rozkazujemy, oni słuchają!”
Z podziwem i zaciekawieniem, przede wszystkim jednak w pełnym podniecenia oczekiwaniu obserwowali, co się dzieje w mrocznej pustce pod nimi. Niewiele dało się wypatrzeć, bo ta wczesna poranna chwila nadal tonęła w ciemnościach, a czarny mglisty dym rozprzestrzeniał się coraz bardziej i przesłaniał dno rozpadliny. Kaci wiercili się niecierpliwie, złościli się urażeni, że pozbawiono ich radości odkrywania i porównywania, który z nich zobaczy coś jako pierwszy. Pierwszy, największy, najlepiej, najwięcej, nieustannie te kryteria zawistników.
Przesycone złem oczy katów uporczywie wpatrywały się w otchłań.
W licznych skalnych szczelinach coś poświstywało z cicha, a mgła, czarniejsza niż noc, krążyła w koło i gęstniała pośrodku, aż wyłoniła się z niej jakaś obrzydliwa istota… i jeszcze jedna, zanim mnisi zdążyli się zorientować, o co chodzi.
Te dwa stwory z dołu to nie były dusze ludzi, którzy pobłądzili i trafili za karę do Gehenny. To demony, których domem są piekielne otchłanie, to istoty z ciemnej strony świata.
Wciąż niewidzialne rozpościerały ogromne nietoperzowe skrzydła, pojawiły się długie ogony o trójkątnych zakończeniach, spiczaste zielone uszy i również spiczaste brody, wielkie szpony i przy rękach, i przy nogach, skóra obrzydliwie zielona.
