
Leżał skulony na ziemi i wił się z bólu.
Pozostali kaci inkwizycji wydali z siebie pełen przerażenia jęk.
„Ubrania!” – powtórzył ów zwyczajny człowiek, tym razem głosem ostrym niczym stal.
Właściwie to kaci mieli zamiar upokorzyć nowo przybyłych, zmuszając ich do chodzenia nago, ale to najwyraźniej nie był dobry pomysł.
Wszystko poszło nie tak. Dwoje zwyczajnych ludzi. Łatwo nad nimi zapanować?
Oczywiście!
„I mają to być prawdziwe ubrania – powiedziała kobieta łagodnie, a mnisi mieli wrażenie, że słyszą syk węża w jej głosie. – Nie jakieś rzucające się w oczy kostiumy sprzed stu lat. Musimy wyglądać jak współcześni ludzie. No, jazda do roboty! Później opowiecie nam więcej o naszym zadaniu”.
Wściekli i rozczarowani mnisi pobiegli przed siebie i wkrótce zniknęli.
Demony patrzyły na siebie oczyma bez wyrazu. Właściwie nienawidzili się nawzajem. Pojęcia takie jak miłość czy przyjaźń w świecie demonów nie egzystują, teraz jednak będą musieli ze sobą współpracować i szczerze mówiąc cieszyli się z powierzonego im zadania. Ale działać razem nie chcieli i powiedzieli to wyraźnie swemu mocodawcy. Wspólne zadanie, proszę bardzo, ale każdy pracuje dla siebie!
Wiatr pogwizdywał w górze nad krawędzią rozpadliny. Czaiły się w jego zawodzeniu strach, niepewność i trwoga.
3
Przyjaciele mieli zamiar pojechać do Brukseli i dopiero tam podzielić się na mniejsze grupy. Najpierw myśleli o kilku, po jednej dla każdej prowincji północno – hiszpańskiej. Ale tych prowincji jest pięć, ich zaś ośmioro, co by oznaczało, że „grupy” składałyby się z jednej lub dwóch osób, czyli w gruncie rzeczy niemal każdy musiałby pracować w samotności. By rzecz uprościć postanowili, że stworzą dwa zespoły. Jeden miał wystartować w Galicii, drugi pojechać najpierw do Nawarry z nadzieją, że spotkają się wszyscy u celu podróży, w miejscu rozwiązania tajemnicy.
