
Przestraszyła się widząc, jak niewielu z tej rodziny zostało. Żyli rodzice Eldara i jego najmłodsze rodzeństwo, ale w ogóle bardzo się w domu przerzedziło. Gdy zapytała, co się stało. z resztą krewnych, usłyszała w odpowiedzi, że ulegli nieszczęśliwym wypadkom, jedno po drugim, gdy byli sami w lesie albo w stołecznym mieście. Villemo miała jednak wrażenie, że starzy coś przed nią ukrywają.
Trudno powiedzieć, że spotkała się tu z serdecznym przyjęciem, ale też niczego takiego nie oczekiwała. Rodzice Eldara milczeli nachmurzeni, częstowali ją podpłomykami z kwaśną śmietaną, lecz nie kryli, że czynią tak wyłącznie z obowiązku.
Bardziej niż kiedykolwiek niepewnie Villemo wyjąkała:
– Chciałam przyjść do was już dawno temu. Żeby z wami porozmawiać…
– Nie wiem, czy mamy o czym… – mruknęła gospodyni.
– O Eldarze – mówiła dalej Villemo, nie dając się zbić z tropu. – Ostatnie miesiące spędziliśmy przecież razem w tym samym dworze.
Stary tylko sapał bez słowa. Nie mieli pojęcia o uprzejmości, jaką powinni okazać w tej sytuacji.
– Eldar był wspaniałym człowiekiem – powiedziała Villemo ze smutkiem. – Możecie być z niego dumni.
– No pewnie – rzekła matka cierpko.
Młodsze dzieci siedziały na ławie pod ścianą i nie spuszczały z niej oczu. Tamtego chłopca, z którym rozmawiała w Lipowej Alei, nie było. Zginął w Chrystianii, dowiedziała się. Został zadźgany w jakimś ciasnym zaułku.
– Eldar był jednym z najbardziej zaufanych ludzi powstańców – ciągnęła Villemo niestrudzenie. – I padł na posterunku. Oddał życie za swój kraj.
Po krótkiej, niezręcznej pauzie stary rzekł z wolna:
– Co on tam miał do roboty? Mógł się lepiej zająć gospodarstwem. Teraz mamy tylko tych małych, którzy mogą nas zastąpić.
– Widzę – szepnęła Villemo ze współczuciem. – A co z Gudrun?
Zaległa dręcząca cisza. Matka Eldara, która wyrabiała właśnie ciasto na chleb, cisnęła je teraz na ławę.
