
– Oczywiście, że ma! – wykrzyknęła Villemo. – Tylko my nie jesteśmy źli.
– Wcale tego nie powiedziałam. Niklas twierdzi…
– Co takiego?
– Nie wolno mi tego powiedzieć.
Villemo chwyciła ją za rękę.
– Ja mam prawo wiedzieć. Dręczy mnie ta sama niepewność, co jego.
Irmelin rzuciła tęskne spojrzenie na pustą tacę, gdzie przedtem leżał pszenny placek. Gość w ferworze rozmowy zjadł wszystko.
– Niklas uważa, że Tarjei i Kolgrim wiedzieli coś ważnego.
– O nas? Oni przecież umarli na długo przed naszym urodzeniem.
– Nie, mam na myśli przekleństwo.
– No, to oczywiste, że wiedzieli. Wszyscy są przekonani, że tamci dwaj natrafili na jakiś ważny ślad.
– Tak, ale Niklas badał tę sprawę. Uważa, że oni znaleźli coś na strychu. Tutaj w Grastensholm.
– O tym także słyszałam.
– Nikt jednak nie wie, co to było. Zresztą od tamtego czasu nikt też nie szukał. Chodźmy tam, Villemo!
– Na strych?
– Nie rób takiej miny! Boisz się ciemności?
Villemo rzeczywiście się bała, ale nigdy w życiu nie przyznałaby się do tego.
– Głupstwo! Chodź, pójdziemy!
Mroczne schody na strych przerażały ją. W dzieciństwie nigdy nie wolno było jej tam wchodzić, dlatego zawsze bała się tego miejsca. Strych w Grastensholm to był mistyczny, okropny świat, gdzie panowały duchy i wszelkie możliwe trolle.
Przez cały czas, odkąd zaczęły tę rozmowę o tak bardzo intymnych sprawach, zastanawiała się, czy powinna powiedzieć Irmelin o tamtym wieczorze, kiedy całowała się z Niklasem. Ale to przecież było tylko na próbę, bez żadnych uczuć. Postanowiła nie mówić. Irmelin byłoby przykro i w ogóle jaki by to miało sens?
Irmelin uchyliła skrzypiące drzwi na strych. Przed Villemo otwierał się powoli jakiś nieznany świat.
Kilka małych szczelin w dachu nie dawało wystarczająco dużo światła.
