
– A niech to – szepnęła. – Kryjówek i kątów wystarczyłoby tu dla całej drużyny duchów.
Przyjaciółka była nieco bardziej prozaiczna.
– W każdym razie kurzu jest tu pod dostatkiem.
Chodź, poszukajmy!
Czy na tych krzyżujących się belkach nie siedzą jakieś zaczarowane koty? A w tamtej starej szafie na ubranie, pod dłuższą ścianą, czy nie ukrywają się tam upiorne szkielety? Czy nocami meble nie skradają się w jakimś tajemniczym rytuale, nie zamieniają się miejscami, nie ukrywają okropnych straszydeł, które w dzień pojawiają się na opuszczonych miejscach?
– Irmelin, myślę, że nie powinnyśmy…
– No, Villemo, nie sądziłam, że z ciebie taki tchórz!
To są przecież tylko stare rzeczy rodziny Meidenów, których używali i które kochali, a część z nich zrobili własnymi rękami.
– Dziwnie jakoś o tym mówisz. Robili, kochali, używali, czy tak mogło być? Ale jeśli spojrzeć na sprawę w ten sposób, wszystko wydaje się mniej groźne.
– Prawda? Jak myślisz, od czego zaczniemy poszukiwania? Może każda będzie szukać na swojej połowie?
Villemo uważała jednak, że to nie jest najlepszy pomysł. Szukały więc razem.
– Jakiś stary gorset nie ukrywa pewnie tajemnic Ludzi Lodu! – zawołała Villemo. – Ani ten garnek, wypełniony woskiem. A co ty znalazłaś?
– Starą poduszkę. I jasełkową maskę. Nie, tu nic chyba nie ma. Chodźmy do drugiego kąta.
Już tam prawie doszły, gdy Villemo znowu chwyciła Irmelin za rękę.
– Wiesz, mam wrażenie, że nie jesteśmy tutaj same.
– Co za głupstwa! Chodź!
– Nie, nie możemy iść dalej. To coś, co tu jest, sprzeciwia się.
Irmelin patrzyła na nią badawczo. Twarz Villemo zrobiła się okropnie blada w przytłumionym świetle.
– Co z tobą, Villemo?
Ona wciąż trzymała kuzynkę za rękę i ciągnęła ją ostrożnie w tył, z powrotem na środek strychu.
– Teraz nic nie ma. Tu możemy poruszać się swobodnie.
