
Spłoszone patrzyły w stronę tamtego kąta. W półmroku dostrzegały stół i duży fotel przykryty jakąś narzutą.
– Uff, nie życzę sobie, żeby w Grastensholm straszyło – jęknęła Irmelin. – Co ty tam widziałaś?
– To nie duchy – rzekła Villemo niepewnie. – To jakaś siła. Jak wichura, ogień, burza i miłość, sama nie wiem co. To nie jest zła siła, Irmelin. To tylko ostrzeżenie.
Mówiły teraz szeptem.
– W takim razie jak Tarjei i Kolgrim mogli się tutaj swobodnie poruszać? I na dodatek odkryć, co to jest?
– Nie wiem. Może siła przygasła i to oni obudzili ją znowu do życia? Albo może my nie jesteśmy odpowiednimi osobami.
– W takim razie Tarjei i Kolgrim także nie byli, skoro obaj musieli umrzeć.
– Może ta siła nie chce, żebyśmy my umarły?
– Na pewno odnosi się to do ciebie, Villemo. Jesteś pewna, że to nie jest zła moc?
Villemo starała się znowu coś odczuć, ale znajdowały się teraz poza zasięgiem oddziaływania tej tajemniczej siły, a nie miała najmniejszej ochoty tam wracać.
– Nie wiem. Odniosłam jednak wrażenie… Jestem tego pewna, że kryje się za tym jakaś osoba.
– O Boże! Nie myślisz chyba, że…?
– Nie, to nie był ten, o którym myślisz, ten, którego imienia nie wolno nam wymawiać. Ale chodźmy stąd. Zimny dreszcz przebiega mi po plecach.
Zeszły na dół. Kiedy zamknęły już za sobą drzwi i powróciły do świata ludzi, Villemo szepnęła:
– Nie, istniała w rodzie tylko jedna istota, która może powracać. To nie było nic złego. To było stanowcze, ale przyjazne ostrzeżenie.
– Sol? – zapytała Irmelin cicho, gdy znowu znalazły się na korytarzu.
– Tak. A ona, jak wiesz, nigdy się nie ukazuje. Ona tylko pomaga.
– Owszem, wiem. Czy sądzisz, że powinnam porozmawiać o tym z mamą i ojcem?
– Tylko jeśli zajdzie taka potrzeba. Myślę, że można spokojnie wchodzić na strych i nic się nikomu nie stanie. My przecież szukałyśmy czegoś specjalnego.
