
Minęło dwieście lat.
I nagle, dwa tygodnie temu, starożytne radio zakaszlało i ożyło. Przez całe godziny warczało i trzeszczało, a mieszkańcy wioski czekali, zebrani koło domku burmistrza.
Wreszcie dobiegły słowa:
— …mnie słyszycie, Nowe Delaware? Czy mnie słyszycie?
— Tak, tak, słyszymy — odpowiedział burmistrz.
— Czy kolonia nadal istnieje?
— Oczywiście — zapewnił burmistrz z dumą. Głos stał się suchy i oficjalny.
— Przez pewien czas nie utrzymywaliśmy kontaktu z Koloniami Zewnętrznymi, ze względu na niewyjaśnioną sytuację lokalną. Ale to już za nami. Pozostały tylko drobne porządki. Wy, z Nowego Delaware, pozostajecie kolonią Imperium Ziemi i podlegacie jej prawom. Czy uznajecie taki stan rzeczy?
Burmistrz zawahał się. Wszystkie książki mówiły o Ziemi jako o Zjednoczonych Demokracjach. No cóż, w ciągu dwóch wieków nazwy mogły się zmienić.
— Nadal jesteśmy lojalni wobec Ziemi — oświadczył z godnością.
— Znakomicie. To oszczędza nam kłopotu wysyłania korpusu ekspedycyjnego. Z najbliższej bazy przybędzie do was inspektor. Ustali, czy przestrzegacie ziemskich praw, tradycji i obyczajów.
— Co? — zapytał zmartwiony nagle burmistrz. Suchy głos wzniósł się o ton wyżej.
— Naturalnie zdajecie sobie sprawę, że we Wszechświecie jest miejsce tylko dla jednego obdarzonego inteligencją gatunku: Człowieka! Wszystkie inne muszą zostać zmiażdżone, starte, unicestwione. Nie możemy tolerować żadnych kręcących się dookoła obcych. Jestem pewien, że pan to rozumie, generale.
— Nie jestem generałem. Jestem burmistrzem.
— Pan tam rządzi, prawda?
— Tak, ale…
— A więc jest pan generałem. Pozwoli pan, że będę kontynuował. W tej galaktyce nie ma miejsca dla obcych. Żadnych! Ani dla zboczonych kultur ludzkich, które z definicji też są obce. Nie można rządzić imperium, gdy każdy robi to, na co ma ochotę. Musimy zaprowadzić porządek, bez wzg1ędu na cenę.
