
— Ma dwieście siedemdziesiąt pięć, może trochę więcej.
— Jesteś taki tego pewny…
— Zawsze potrafię ocenić temperaturę.
— No to sprawdź — zaproponowała. — Mam gorączkę?
Podniósł dłoń i dotknął jej szyi.
— Nie, jesteś chłodna.
— Zgadza się. Zawsze mam około pół stopnia za mało, poniżej normy. Wład i Ursula nie potrafią tego wytłumaczyć.
— Na pewno dlatego, że jesteś szczęśliwa.
Hiroko roześmiała się. Wyglądała w tej chwili dokładnie tak samo jak Jackie, zarumieniona z radości.
— Kocham cię, Nirgalu.
Poczuł w swoim wnętrzu ciepło, jak gdyby miał tam piecyk. Temperatura jego ciała wzrosła przynajmniej o pół stopnia.
— I ja cię kocham.
Po chwili poszli w dół plażą, trzymając się za ręce. W milczeniu podążali za spacerującymi brodźcami.
Po pewnym czasie wrócił Kojot i Hiroko oznajmiła mu:
— Okay. Zabierzmy je na zewnątrz.
Następnego ranka, kiedy dzieci spotkały się w szkole, Hiroko, Kojot i Peter wyprowadzili je przez śluzy powietrzne i powiedli w dół długim, białym tunelem, który łączył kopułę ze światem zewnętrznym. Przy drugim końcu tunelu znajdował się hangar, a nad nim skalny pasaż. W przeszłości dzieci biegały tym chodnikiem z Peterem i przez małe, zaciemnione okna patrzyły na zmieszany z lodem piasek i różowe niebo. Próbowały wówczas dojrzeć wielką ścianę suchego lodu, w której wydrążono ich osadę — południową czapę polarną, dno tego świata. Mieszkali tu w obawie przed ludźmi, którzy pragnęli ich uwięzić.
Dlatego zawsze docierali tylko do tego chodnika. Ale dziś weszli do komór powietrznych hangaru, nałożyli na małe ciałka obcisłe elastyczne kombinezony, podwinęli rękawy i nogawki, wsunęli ciężkie buty i obcisłe rękawice, a na końcu hełmy z wypukłymi szybkami na przodzie. Z każdą chwilą ich podniecenie rosło, aż zaczęło przeradzać się w strach, zwłaszcza gdy Simud się rozpłakała i powiedziała, że nie chce wychodzić. Hiroko przez jakiś czas uspokajała dziewczynkę, głaszcząc ją delikatnie.
