
Marka Christiana miała wspaniały pogrzeb w katedrze sztokholmskiej i spoczywała tam teraz u boku swego małżonka. Jej odejście okryło Mikaela głęboką żałobą.
Tak więc Dominik miał przyjechać sam! Wspaniałe, podniecające wiadomości! Dla Villemo wszystko było podniecające. Także ta dzisiejsza wyprawa o świcie w poszukiwaniu rannych złodziei ze Svartskogen.
Żeby tylko nie czuła się tak okropnie zmęczona! Nogi nie chciały jej nieść, a serce biło ledwo, ledwo.
Tymczasem doszli do Grastensholm i, wypatrując krwawych śladów, ruszyli w stronę lasu. Choć krew przeważnie już wsiąkła w mech i leśne poszycie, nietrudno było śledzić trop. Wkrótce też znaleźli jednego ze złodziei pod drzewem, leżącego wprost na ziemi.
– On nie żyje! – zawołał Niklas przerażony. – To straszne.
Stali bez słowa i wszyscy troje myśleli o tym samym: ta nie kończąca się, toczona w zawziętym milczeniu walka pomiędzy Grastensholm i Svanskogen przerodziła się oto w krwawą zemstę. Nienawiść do Ludzi Lodu stanie się teraz jeszcze większa.
Znali tego blisko czterdziestoletniego mężczyznę. Był to drań, po prostu nędznik, ale przecież żadne śmierci mu nie życzyło!
– Zostawmy go na razie, niech tu leży – powiedziała Villemo. – Krwawe ślady prowadzą dalej. Musimy się spieszyć, żeby nie mieć jeszcze jednego życia na sumieniu.
– Na sumieniu? To przecież nie nasza wina, śmierć tego tutaj – obruszył się Niklas.
– Oczywiście, że nie – potwierdziła Irmelin, gdy szli już dalej. – Ale ci dwaj nasi ludzie za bardzo lubią strzelać. Dostali już ostrą reprymendę, że się tak pospieszyli, a pewnie dojdzie i do sądu.
