
– Bronili przecież majątku – próbował ich usprawiedliwiać Niklas. – Chociaż masz rację, nie można przesadzać.
Szli przez gęsty las sosnowy o wilgotnym podłożu, przedzierając się wśród rosochatych gałęzi. Ich przyciszone głosy dudniły głucho. Jedyne co do nich poza tym docierało, to jakiś szelest od czasu do czasu. Jakby spłoszona wiewiórka albo ptak…
Villemo spoglądała ukradkiem na wypatrującego śladów Niklasa. Z niewyraźnym uśmiechem wspominała ostatnią noc świętojańską. Jak stała przy ognisku na wzgórzu pomiędzy Grastensholm a Lipową Aleją i wpatrzona w płomienie obserwowała niezwykłą grę barw. I jak ją nagle jakiś diabeł podkusił, że spytała Niklasa, czy by ją odprowadził do domu, bo ona boi się ciemności.
Już wtedy spojrzał na nią zdziwiony, bo Villemo raczej nie była znana jako ktoś, kto boi się sam chodzić po nocy. Jeszcze bardziej się zdumiał, gdy weszli w jałowcowe zarośla niedaleko Elistrand.
„Pocałuj mnie, Niklas” – zawołała roześmiana. „Dlaczego, na Boga, miałbym to zrobić?” – spytał zaskoczony. „Bez żadnego specjalnego powodu – odparła. – Tylko dlatego, że chciałabym zobaczyć, jak to jest”. „Ty nie jesteś całkiem mądra, Villemo!” – brzmiała odpowiedź. Odwróciła się więc na pięcie i poszła. „Nie, to nie”. „Villemo, poczekaj!” „Taak?” – odparła przeciągle i wyczekująco. On zaczął się jąkać. „Może… może ja też miałbym ochotę zobaczyć, jak to jest…” „Świetnie!” „Ale to nic nie znaczy, pamiętaj!” „Oczywiście, że nie, Niklas!”
Ostrożnie odnaleźli się w mroku jak młodzi ludzie wszystkich czasów, którzy podejmują eksperyment pierwszego pocałunku. To była gra, udawali, że są w sobie zakochani, dotykali się nawzajem wargami. „Mmm… kocham cię, kocham cię” – mruczała Villemo w kark Niklasa. Spojrzał na nią przestraszony. „Naprawdę tak myślisz?” „Ech, ty głuptasie, teraz wszystko popsułeś! – prychnęła. – Ja się tylko na tobie wprawiam, nie rozumiesz tego?” Przez chwilę robił wrażenie naburmuszonego, po czym znowu podjął zabawę.
