
Villemo poszła, przepełniona jakąś nową, buzującą radością.
– Tutaj widzę świeży ślad – powiedziała Irmelin i Villemo wróciła do rzeczywistości.
Zaledwie po paru krokach napotkali drugiego zbiega. Leżał na ziemi z pobladłą twarzą, włosami pozlepianymi potem i zaciskał zęby z bólu.
– O Boże, to Eldar – mruknął Niklas. – Źle trafiliśmy!
– Wygląda na to, że on trafił jeszcze gorzej – powiedziała Villemo.
To był ten sam chłopiec ze Svanskogen, którego kiedyś, przed wieloma laty, spotkali na drodze niedaleko Grastensholm. Wiedzieli, że on i jego siostra Gudrun zioną zapiekłą nienawiścią do Ludzi Lodu. Zwłaszcza siostra. Tamten zabity był kuzynem ich ojca czy coś w tym rodzaju. Stosunki pokrewieństwa w Svartskogen były niebywale skomplikowane, ale agresywność cechowała wszystkich.
Villemo nie spotykała Eldara od kilku lat, a zresztą nigdy nie widziała go z tak bliska.
I taka jestem chuda, pomyślała zakłopotana całkiem bez powodu.
Teraz Eldar był muskularnym dorosłym mężczyzną lat około dwudziestu pięciu, o popielatoblond włosach i wąskich, lodowato patrzących jasnych oczach. Wszyscy ze Svartskogen mieli w sobie coś dzikiego i Eldar nie stanowił pod tym względem wyjątku. W jego wzroku dawał się dostrzec jakiś niepokojący błysk, jak u dzikiego zwierza, i Villemo wpatrywała się weń zafascynowana, choć tego nie chciała. Uważała, że jest wprost nieprzyzwoicie przystojny, z naciskiem na nieprzyzwoicie.
