
Wróciła do sypialni, rozpogadzając się z wolna. Cieszyły ją własne kąty, znajome sprzęty: staroświeckie mosiężne łóżko ze śnieżnobiałą pościelą, przed nim dywanik ze srebrnych lisów – ekstrawagancja wprost nieprzyzwoita, ale jakże przyjemna! – lekkie, kruche meble po matce; nawet obraz nad łóżkiem – rolnik koszący zboże pod okrągłym jak arbuz słońcem. Jej sypialnia miała w sobie coś przytulnego i kojącego, czego nie sposób było znaleźć nigdzie indziej na świecie – ani w pałacu Hilary w Marbelli, ani w jej pięknym domu w Kensington. Człowiek miał tu ochotę tańczyć na bosaka. W kątach i na parapetach stały kwiaty w doniczkach, a świece na kominku wprowadzały wieczorem ciepły nastrój. O, jakże Keshia była szczęśliwa w tym domu!
Zaśmiała się, nastawiając muzykę Maniera, i poszła napuścić sobie wody do wanny. Wieczorem sama wyrwie się do miasta. Tak… najpierw agent, potem lunch z Edwardem, a na końcu Mark. Najlepsze zawsze zostawia się na koniec… dopóki coś się nie zmieni.
– Keshia – odezwała się do swego nagiego odbicia w lustrze – jesteś okropna!
– Wiem, że jestem podła – odezwało się odbicie, potrząsając spływającymi do pasa włosami – ale cóż mi pozostaje? Muszę żyć, a żyć można na tyle różnych sposobów!…
Zanurzyła się w ciepłej wodzie, nucąc pod nosem sonatę, której dźwięki wypełniały cały dom. Rozmyślała o kontrastach i niedopowiedzeniach, w jakie obfitowało jej życie. Na szczęście rzadko musiała uciekać się do kłamstw. Życie w kłamstwie byłoby nie do zniesienia.
Mark… Zwłaszcza jego nie chciała okłamywać. Ta jego dzika strzecha, niewiarygodny uśmiech, gra w szachy na poddaszu, śmiech, muzyka i młode męskie ciało… Zamknęła oczy i z pamięci narysowała palcem w powietrzu zarys jego warg. Coś złapało ją za serce, więc zanurzyła się głębiej, wzbudzając na powierzchni wody delikatne zmarszczki.
Dwadzieścia minut później wyszła z wanny, upięła włosy w gładki węzeł na karku i na koronkową florencką bieliznę włożyła gładką białą wełnianą sukienkę od Diora.
