– Ciekawe, czy to już początki schizofrenii? – zapytała lustra, wkładając kapelusz i starannie zsuwając go na jedno oko. Nie wyglądała na schizofreniczkę. Wyglądała jak „ta” Keshia Saint Martin w drodze do „La Grenouille” w Nowym Jorku lub Fouqueta w Paryżu.

– Taxi! – z wyciągniętą ręką przebiegła obok portiera, obdarzając go po drodze promiennym uśmiechem. Inaugurowała dziś kolejny nowojorski sezon. Co nowego przyniesie? Książkę? Mężczyznę? Tuzin ciętych artykułów w największych czasopismach kraju? Drobne przyjemności, które potem tak długo się pamięta? Tajemnicę, samotność i poklask. Miała to wszystko. A nowy sezon dopiero się zaczynał.

Edward po raz jedenasty spojrzał na zegarek. Jeszcze parę minut. Keshia wejdzie ze śmiechem, pogłaszcze go po twarzy albo uściśnie z okrzykiem: „Och, Edwardzie, jakże się cieszę, że cię widzę!” Potem usiądzie obok, podczas gdy Martin Hallam będzie notował w myśli układy przy stolikach, a K. S. Miller zatopi się w rozmyślaniach nad debiutancką książką.

ROZDZIAŁ 2

Keshia przepychała się przez tłum ludzi wypełniający przestrzeń między szatnią a barem w „La Grenouille”. Sala pękała w szwach, a kelnerzy uwijali się z obłędem w oczach. Wystrój się nie zmienił: czerwone skórzane siedzenia, różowe obrusy, jaskrawe obrazy olejne na ścianach, czerwone anemony na każdym stoliku, srebrne wiaderka z chłodzącym się szampanem i dyskretne pyknięcia otwieranych butelek.

Wszystkie panie były piękne, choć niektóre kosztowało to sporo zachodu i pieniędzy. Na stołach wzrok przyciągała istna orgia porcelany Cartiera, a szmer prowadzonych wokół rozmów miał wyraźnie francuskie zabarwienie. Szpakowaci panowie w ciemnych garniturach częstowali się wzajemnie cygarami Romanoff, sprowadzanymi z Kuby w nie oznakowanych paczkach okrężną drogą przez Szwajcarię.

„La Grenouille” była punktem zbornym ludzi bardzo bogatych i bardzo eleganckich. Nie wystarczał wysoki stan konta; trzeba było należeć do właściwych kręgów. Mieć klasę, emanować nią z każdego poru skóry.



17 из 307