
– Keshia? – czyjaś dłoń dotknęła jej łokcia. Zobaczyła nad sobą smagłą twarz Amory’ego Strongwella.
– Nie, skarbie – uśmiechnęła się przekornie. – To mój duch.
– Znowu wypiękniałaś!
– A ty jesteś taki bledziutki – z udawanym współczuciem otaksowała ciemną opaleniznę, jaką przywiózł z Grecji.
Amory serdecznie cmoknął ją w policzek.
– A gdzie Whit?
„Pewnie na Sutton Place, skarbie” – przemknęło jej przez myśl, lecz ugryzła się w język.
– O ile go znam, pewnie pracuje jak szalony. Wybierasz się jutro do Mar show?
Amory od niechcenia skinął głową, bo też pytanie było czysto retoryczne.
– Przyszłaś na lunch?
– Z Edwardem – wyjaśniła.
– Szczęściarz.
Maitre d’hótel już szedł jej na pomoc, lecz nie było to potrzebne: Edward siedział przy swoim ulubionym stoliku z butelką Louisa Roederera – rocznik 1959, jak zwykle.
Wstał, by ją powitać, podczas gdy Keshia lawirowała między stolikami, skinieniem głowy odpowiadając na dyskretne powitania znajomych i ukłony kelnerów. Już od dawna była to dla niej rutyna. To, że jest ogólnie znana, w wieku lat szesnastu przyprawiało ją o katusze, w wieku lat osiemnastu przeszło w nawyk, a obecnie, gdy miała lat dwadzieścia dziewięć, sprawiało jej nawet pewną przyjemność. Kobiety będą mówić: „Śliczna sukienka”, myśląc przy tym, że w jej kapeluszu one wyglądałyby o wiele korzystniej, mężczyźni będą snuć domysły na temat Whita, a kelnerzy trącać się łokciami i szeptać: „Saint Martin”, akcentując jej nazwisko z francuska. Zanim wyjdzie, przed drzwiami stanie na posterunku fotograf z „Women’s Wear”. Świetna zabawa – jeśli tylko znało się reguły gry.
– Edwardzie, wyglądasz imponująco! – cmoknęła go w policzek i opadła na siedzenie w niszy.
– Drogie dziecko, co w takim razie mam powiedzieć o tobie? Jak przeszło spotkanie z Simpsonem?
