
– No i co? – burknęła.
– Nazywała się tak jakoś po francusku. Może to twoja ciotka z wyższych sfer?
– Nie mam ciotek w wyższych sferach. Czemu pytasz? A więc w końcu i jego musiała okłamać. Cholera.
– Po prostu byłem ciekawy. Całkiem niezła lufa, tylko strasznie zawzięta i chyba niezbyt zadowolona z życia.
– Rozumiem, że zakochałeś się w niej od pierwszego wejrzenia i postanowiłeś ją uszczęśliwić, abyście mogli żyć razem do grobowej deski? – zapytała lekko, nie zabrzmiało to wszakże tak naturalnie, jak tego pragnęła. W odpowiedzi Mark delikatnie ułożył ją na pościeli. Mogła teraz zmyć niesmak fałszu godziną nagiej, nieskażonej prawdy. Albowiem ciała są na ogół uczciwe…
ROZDZIAŁ 3
– Pójdziemy?
– Już – Whit uśmiechnął się do niej znad resztek kremu czekoladowego. Byli dwie godziny spóźnieni na przyjęcie, choć i tak nikt tego nie zauważy. Marshowie zaprosili ponad pięćset osób.
Keshia była ubrana w szaroniebieską satynową suknię bez pleców, której kolor podkreślał delikatną opaleniznę. Włosy miała upięte w gładki kok na czubku głowy, a w uszach brylantowe kolczyki. Nieskazitelny smoking Whita uwydatniał jego klasyczną urodę. Razem stanowili spektakularną parę. Oboje zresztą zdążyli przywyknąć, że zwracają na siebie uwagę.
Przy wejściu do restauracji „Maisonette” w hotelu „St. Regis” kłębili się eleganccy panowie, których nazwiska pojawiały się regularnie w „Fortune”, oraz obsypane klejnotami panie, których twarze nie schodziły z łamów „Vogue”. Europejskie tytuły, amerykańskie miliony, towarzystwo z palm Beach, Grosse Pointę, Scottsdale i Beverly Hills. Kreacje Balenciagi, Givenchy’ego i Diora. Marshowie przeszli samych siebie. W gęstniejącym tłumie krążyli kelnerzy, serwując szampany Moet i Chandon oraz maleńkie tartinki i kawiorem i pasztetem z gęsich wątróbek.
W bufecie z tyłu sali częstowano się zimnym homarem, nieco później zaś miał pojawić się gwóźdź programu – olbrzymi tort weselny, replika oryginału, jaki podano ćwierć wieku temu. Bajeczny ów tort, którego kawałeczki w wykwintnych pudełkach wręczano gościom przy wyjściu, był „nieco zakalcowaty”, jak nazajutrz określił to Martin Hallam.
