
Whit podał Keshii lampkę szampana i delikatnie ujął ją pod ramię.
– Masz ochotę zatańczyć czy wolisz najpierw odbębnić powitania?
– Wolałabym pospacerować, jeśli to w ogóle możliwe w tym ścisku.
Wynajęty przez gospodarzy fotograf uwiecznił chwilę, gdy spoglądali na siebie tkliwie. Po nocy spędzonej z Markiem Keshia wpadła w błogi nastrój, którego nawet Whit nie zdołał jej zakłócić. Doznawała dziwnego uczucia na myśl, że jeszcze o świcie wędrowała z Markiem ulicami SoHo, a do domu wróciła o trzeciej po południu, żeby przekazać przez telefon tekst rubryki, posprzątać na biurku i nieco wypocząć przed wieczorną galą.
– Jeszcze szampana, Keshia?
– Co? – ocknęła się, by stwierdzić, że bezwiednie wysączyła swój kieliszek do dna. Myślała właśnie o nowym artykule na temat wybitnych kobiet kandydujących w najbliższych wyborach do Kongresu i zupełnie zapomniała, gdzie jest.
Whit przyjrzał się jej badawczo.
– Nadal zmęczona po podróży?
– Nie, po prostu się zamyśliłam. Rzec by można: odpłynęłam w krainę marzeń.
– Niezłe osiągnięcie, zważywszy harmider, jaki tu panuje.
Znaleźli zaciszniejszy kąt, skąd mogli obserwować pary na parkiecie. Keshia segregowała w myśli informacje: kto z kim tańczy i w co jest ubrany. Znane piękności, osławieni playboye, bankierzy, divy operowe, a wszystko w powodzi rubinów, szafirów, brylantów i szmaragdów.
– Wyglądasz piękniej niż kiedykolwiek.
– Pochlebiasz mi, Whit.
– Nie. Kocham cię.
Oboje wiedzieli, że kłamie. Mimo to Keshia zalotnie skłoniła głowę, uśmiechnęła się lekko. Być może na swój sposób naprawdę ją kochał – jak brat albo przyjaciel z dzieciństwa. Być może i ona coś do niego czuła. Trudno było go nie lubić. Miłość jednak to zupełnie inna sprawa.
