
– Zdaje się, że wakacje wyszły ci na zdrowie.
– Zawsze rozkwitam w Europie. Och, nie!
– Co się stało? – Whit obejrzał się, ale było już za późno. Raźnie kroczył ku nim baron von Schnellingen z ekstatycznym zachwytem na pokrytej kroplami potu twarzy.
– Jezu! – szepnął Whit. – Powiedz mu, że dokucza ci reumatyzm i nie możesz tańczyć.
Keshia wybuchnęła śmiechem. Mały, beczułkowaty niemiecki baron odczytał to oczywiście jako radość na jego widok.
– Też jestem uradowany, że cię widzę, meine Liebchen. Dobry wieczór, Whitneyu. Keeshia, wyglądasz zachwycająco.
– Dziękuję, Manfredzie. Ty także.
Był czerwony, spocony i obleśny. Jak zwykle.
– Słyszysz, Keseshia? Walc. Nasz walc. Zatańczymy?
Nein, pomyślała, ale nie mogła odmówić. Zawsze wypominał jej „drogiego zmarłego ojca”. Łatwiej już było przecierpieć jeden taniec. Na całe szczęście baron tańczył dobrze – przynajmniej walca. Keshia skłoniła więc wdzięcznie głowo i wyciągnęła rękę, którą baron uścisnął z afektacją, po czym, porwał ją na parkiet.
– Potem przyjdę ci na ratunek – szepnął jej w przelocie Whit.
– Mam nadzieję, skarbie – syknęła przez zęby, ani na moment nie zapominając o wytrenowanym uśmiechu.
Co by na to wszystko powiedział Mark? Omal nie wybuchnęła śmiechem wyobraziwszy sobie, jakie miny mieliby zebrani tu goście, gdyby zdała im relację ze swoich anonimowych wyczynów w SoHo. O, baron wiedział coś na ten temat. Zapewne bywał w bardziej jeszcze niestosownych miejscach, ale baron był mężczyzną. Keshii nikt o to nie podejrzewał. T a Keshia Saint Martin…? Panowie mieli przecież inne potrzeby… choć czy rzeczywiście były one inne? Może i Keshia była po prostu bogatą, znudzoną dziewczyną, która wymyka się z domu dla rozrywek i seksu pośród cyganerii? Znajomi z SoHo także nie byli dla niej całkowicie realni.
