
Tiffany chwiejnie dotarła do pluszowej sofy pod ścianą. Gdzie jest Bill? Mówił coś o Frankfurcie. Nie mogła sobie przypomnieć, co miał tam do załatwienia. Ale przecież tak niedawno wyszedł do holu… A może wcale nie ma go w mieście, a ona przyszła tu z Markiem i Glorią? Czy… Dlaczego, do cholery, wszystko jej się miesza? Zaraz, zaraz. Zjadła w domu kolację wraz z Billem i dziećmi… czy tylko z dziećmi? A może dzieci były jeszcze u teściowej w Vineyard? Żołądek Tiffany zaczął powoli obracać się wraz z całym pomieszczeniem i zdała sobie sprawę, że zaraz zwymiotuje.
– Tiffany?
Jej brat Mark znów patrzył na nią w ten specyficzny sposób. Tuż za nim stała Gloria. Od łazienki – gdziekolwiek to było w tym cholernym lokalu – dzielił Tiffany mur nieprzeniknionej pogardy.
– Mark, ja…
– Glorio, zaprowadź Tiffany do toalety. – Mark nie tracił czasu na rozmowę z siostrą. Wiedział, co się święci.
Kiedy ostatnio odwoził ją do domu, zapaskudziła cale tylne siedzenie nowiutkiego lincolna.
Tiffany nie mogła się uspokoić. Obojętne, jak bardzo była pijana, zawsze słyszała w ich głosach ten ton, aż boleśnie wyraźny. W tym właśnie był cały problem.
– Przepraszam cię, Mark, ale Bill wyjechał, więc gdybyś był tak dobry i odwiózł mnie do… – nie dokończyła, bo w tym momencie odbiło jej się głośno. Mark cofnął się z wyrazem obrzydzenia na twarzy, a tuż przed nią nagle zmaterializował się Bill z tym swoim zwykłym nieokreślonym uśmieszkiem.
William Benjamin ujął żonę za łokieć i wyprowadził z sali, gdzie tłum mocno się już przerzedził i Tiffany zanadto rzucała się w oczy.
– Jesteś?… – bąknęła niepewnie. – Myślałam… – przypomniało jej się, że zostawiła torebkę na sofie. – Bill, moja torebka!
– Dobrze, dobrze, później się tym zajmę. Prowadził ją szybko, co tylko powiększało mdłości.
– Muszę na chwilę usiąść. O Boże, czuję się okropnie. Bill, muszę usiąść…
