– Musisz wyjść na świeże powietrze. – Trzymał ramię żony jak w imadle, uśmiechając się ponad jej głową do mijanych po drodze osób. Uśmiech nigdy nie znikał z ust Billa, a w jego oczach nigdy nie pojawiał się cieplejszy promyk.

– Oooch… – chłodny nocny wiatr uderzył ją w twarz i rozjaśnił umysł, choć żołądek niebezpiecznie podjechał jej do gardła. – Bill, muszę cię o coś…

W samą porę ugryzła się w język. Ilekroć była aż tak pijana, zaczynało ją nurtować to samo pytanie. Raz zadała je matce, a wtedy matka uderzyła ją w twarz. Mocno. Modliła się w duchu, żeby Bóg zapieczętował jej usta. To wszystko przez szampan. Czasem w podobny sposób działał dżin.

– Zaraz wsiądziesz do ciepłej taksóweczki i pojedziesz sobie grzecznie do domku – zagruchał Bill niczym nadopiekuńczy maitre d’hótel, przyzywając równocześnie portiera. W chwilę później kierowca otwierał przed nią drzwi.

– Taksówką? A ty?… Bill… – pytanie znów rwało się jej z ust, z serca, z głębi duszy.

– Znakomicie, moja droga.

Bill pochylił się, by podać kierowcy adres. Wszyscy zawsze mówili obok niej, poza nią, ale nigdy do niej. Poczuła się jeszcze bardziej zakłopotana, Bill jednak nie tracił rezonu.

– Do zobaczenia rano – cmoknął ją lekko w czoło i taksówka ruszyła.

Tiffany gorączkowo sięgnęła do gałki, żeby opuścić szybę. Nie mogła już dłużej dusić tego w sobie. Musi zawrócić, musi spytać Billa…

Nim uporała się z oknem, hotel został daleko z tyłu, a kiedy wychyliła się na zewnątrz, pytanie w końcu wydarło się jej wraz z długą strugą wymiocin:

– Czy ty mnie kochasz?…

Kierowca dostał dwadzieścia dolarów za dostarczenie jej do domu i uczynił to bez komentarzy. Nie odpowiedział na jej pytanie. Nie zrobił tego także Bill. Bill wrócił do apartamentu, który wcześniej zarezerwował w „St. Regis”. Obie dziewczyny czekały – drobniutka Peruwianka i wysoka blondyna z Frankfurtu. Rano Tiffany i tak nie będzie pamiętać, że wróciła do domu sama. Bill był tego pewien.



33 из 307