
– Idziemy?
– O, tak – Keshia stłumiła ziewnięcie i sennie kiwnęła głową.
– Bardzo udane przyjęcie – skonstatował Whit.
– Wiesz, która godzina? Keshia spojrzała na zegar.
– Dochodzi czwarta. Jak ty jutro wytrzymasz w biurze? Miał wprawę. Niemal każdą noc spędzał poza domem – w lokalach lub na Sutton Place.
– Nie mogę wylegiwać się w łóżku do południa jak niektóre rozpieszczone damy – zażartował.
– Biedak – poklepała go po policzku i ujęła pod ramię, wychodząc wraz z nim na opustoszałą ulicę. Ona także nie mogła wylegiwać się do południa. Musiała wstać przed dziewiątą i zabrać się do pracy nad nowym artykułem.
– Czy mamy coś podobnego w rozkładzie zajęć na jutro?
– Whit zatrzymał przejeżdżającą taksówkę.
– Mam nadzieję, że nie. Całkiem straciłam formę w czasie tych wakacji.
Keshia zebrała szeroką satynową spódnicę i wśliznęła się na tylne siedzenie. W gruncie rzeczy jej wakacje nie różniły się zbytnio od sezonu w Nowym Jorku, tyle że na szczęście nie musiała znosić obecności barona.
– O ile sobie przypominam, jutro jem kolację z zarządem firmy. Zdaje się, że w piątek jest coś w „El Morocco”. Będziesz w mieście?
– Wątpię. Edward chce mnie porwać do swoich przyjaciół. Straszliwi nudziarze, ale mieli dobre stosunki z moim ojcem – dodała. To zawsze była bezpieczna wymówka.
– Wobec tego, moja droga, zapraszam cię w poniedziałek do „Raffles”.
Keshia uśmiechnęła się blado i oparła głowę o jego ramię. Znowu skłamała. Wcale nie była umówiona z Edwardem. Edward zresztą miał dość rozumu, by nie zmuszać jej do tego typu „rozrywek”. Planowała wypad do SoHo. Po dzisiejszym wieczorze w pełni sobie nań zasłużyła. A drobne kłamstewko, którym uraczyła Whita? Ratowała własne zdrowie psychiczne.
– Bardzo chętnie wybiorę się w poniedziałek do „Raffles” – zapewniła.
Przyda jej się nowy materiał do rubryki. Do tego czasu wystarczy, jeśli poplotkuje przez telefon z Mariną. Marina była zarówno nieocenionym źródłem plotek, jak też ich wdzięcznym tematem. Jej zainteresowanie Halpernem Medleyem rzucało się w oczy, czym Keshia nie była zaskoczona. Bankructwo rzadko bywa zabawne, a Halpern był w miarę atrakcyjnym lekarstwem na bolączki Mariny.
