
– Zadzwonię do ciebie jutro – rzekł Whit. – Może uda nam się wyskoczyć razem na lunch.
– Masz ochotę wejść na górę? Mogę ci zaserwować kawę, koniak względnie jajecznicę… – Keshia zawiesiła głos. Padała 2 nóg, ale czuła, że jest mu coś winna. Przynajmniej jajecznicę, skoro nie własne ciało.
– Naprawdę nie mogę, skarbie. Muszę się trochę przespać i tobie też to radzę – żartobliwie pogroził jej palcem, a gdy taksówka zatrzymała się przed jej domem, leciutko cmoknął ją w usta, prawie nie dotykając warg.
Już od dawna nie silili się na udawanie. Keshia trzymała się wygłoszonej ongiś opinii, że chce zachować dziewictwo aż do ślubu, a Whit skwapliwie korzystał z tego pretekstu. Platoniczny związek odpowiadał obojgu.
– Dobranoc, Whit. To był cudowny wieczór – powiedziała, uświadamiając sobie, iż jest to dosłowny cytat z popołudniowych seriali dla gospodyń domowych.
– Z tobą zawsze jest cudownie. – Podprowadził ją do drzwi i zaczekał, aż portier je otworzy. – Przejrzyj jutro gazety. Jestem pewien, że Martin Hallam nie będzie szczędził słów zachwytu na twój temat – uśmiechnął się z uznaniem.
Słaniając się na nogach Keshia dotarła do mieszkania, rozpięła sukienkę i rzuciła się na sofę z myślą, że najchętniej przeleżałaby na niej do poniedziałku, ba, do sądnego dnia! Cóż za niezdrowy sposób zarabiania na życie! Nie kończący się bal przebierańców. Codziennie nakłada maskę, by szpiegować własnych znajomych. Zwykle mijało parę miesięcy, nim zaczynała odczuwać wyrzuty sumienia, w tym sezonie jednak napadły ją już na początku. Nie wróżyło to najlepiej.
Wypaliła ostatniego papierosa i zgasiła światło. Prawic zaraz potem zadzwonił budzik. Kiedy na niego spojrzała, przekonała się, że jest ósma rano.
