
ROZDZIAŁ 4
Keshia poświęciła trzy godziny nakreśleniu sylwetek sławnych kobiet, o których chciała pisać. Ułożyła też listy do kilku osób, które mogły dostarczyć jej bardziej szczegółowych informacji, ważnych dla pogłębienia tła tego zbiorowego portretu. Zapowiadał się solidny artykuł w stylu K. S. Miller i Keshia już zaczynała być z niego zadowolona. Potem przejrzała pocztę. Zwykły plik zaproszeń, listy od czytelników przesłane jej przez magazyn za pośrednictwem Simpsona, notatka od Edwarda na temat jakichś odpisów podatkowych, które chciał z nią omówić. Nic, co zainteresowałoby ją na tyle, by przestała się miotać. Miała już pomysł na następny artykuł: o wykorzystywaniu seksualnym dzieci w „przyzwoitych” mieszczańskich rodzinach. Gorący i ważki temat, jeśli tylko Simpson znajdzie nabywcę. Zastanawiała się, czy Marshowie i ludzie im podobni, którzy wydają przyjęcia na setki osób, zauważają istnienie tego typu problemów. Czy myślą o slumsach albo o karze śmierci? Żadna z tych kwestii nie dotyczyła ich bezpośrednio. Gdyby tak się zdarzyło, zorganizowano by zapewne jakiś „bajeczny” benefis, któremu patronowałby odpowiedni komitet złożony z samych piękności. Tymczasem Marina polowała na odrzuty z kolekcji Ohrbacha, a Tiffany upijała się codziennie jeszcze przed południem.
I co z tego, powtarzała sobie w duchu Keshia. Co mnie to obchodzi? Obchodziło ją jednak, drażniło jak dokuczliwa zadra. W nadziei, że trochę zdrowego seksu wreszcie ukoi jej nerwy, wkrótce po drugiej była już w pracowni Marka.
– Co się z tobą dzieje, moja pani?
– Nic. Dlaczego pytasz? – stała za plecami Marka, przyglądając się powstającemu gwaszowi. Chętnie by go kupiła, ale nie chciała sprowadzać swych stosunków z Markiem na płaszczyznę finansową, nie mogła też pozwolić, by dał go jej w prezencie. Wiedziała, jak rozpaczliwie potrzebuje pieniędzy.
