
W tłumie podniósł się ożywiony szmer. Lokaj krążył dyskretnie skrajem zgromadzenia, manewrując tacą. Pierwsza w kolejce stała jak zwykle Tiffany, darząc cały świat życzliwym uśmiechem – może dlatego, że już chwiała się na nogach. Keshia odwróciła wzrok i z zawodowego nawyku zaczęła przeczesywać tłum. Twarze były wciąż te same; parę nowych uszek po prostu dodało członkostwo w tym komitecie do tysiąca innych. Nie było tu nikogo spoza sfery. Organizacja tak ważnego wydarzenia nie mogła przecież zostać powierzona byle komu. „Ależ, moja droga, czyżbyś nie wiedziała, że jej babka była Żydówką?” – usłyszała w zeszłym roku Tippy Walgreen, kiedy próbowała wprowadzić tu jedną ze swoich zbzikowanych przyjaciółek. – „Doprawdy, Tippy, nie chcesz chyba postawić tej dziewczyny w żenującej sytuacji?”
Zebranie wlokło się bez końca. Rozdzielono funkcje. Ustalono harmonogram spotkań – dwa razy w tygodniu przez siedem długich miesięcy. Dawało to większości zebranych tu pań rację bytu i pretekst do picia – co najmniej cztery martini w ciągu jednej sesji, jeśli tylko uda się dość często zwrócić uwagę lokaja. Dzban z lemoniadą pozostał prawie nietknięty.
Keshia jak zwykle przyjęła przewodnictwo Komitetu Młodzieżowego, co oznaczało dopilnowanie, by na balu znalazły się wszystkie właściwe debiutantki. Kilku wybranym pozwalano naklejać znaczki. Przyprawiało to ich matki o spazmy radości. „Bal na rzecz artretyków, Peggy? Jakże to elegancko!”
