
Elegancko… elegancko… elegancko…
Zebranie zakończyło się o piątej. Co najmniej połowa pań była już do tego czasu na lekkim gazie, nie na tyle jednak, by nie mogły oświadczyć swoim mężom: „Przecież znasz Elizabeth, kochanie, ona dosłownie zmusza człowieka do picia”. Tiffany oczywiście powie, że było bosko. O ile Bill w ogóle wróci po pracy do domu. Plotki, które krążyły na temat Benjaminów, były ostatnio coraz bardziej przykre.
Echa tych plotek obudziły w Keshii głęboko zagrzebane wspomnienia. Oderwane słowa dochodzące spoza zamkniętych drzwi, cierpkie wyrzuty i odgłosy gwałtownych torsji. Matka… Dlatego właśnie widok przyjaciółki sprawiał jej taki ból. W oczach Tiffany było zbyt wiele cierpienia, niezręcznie maskowanego okrzykami „boskie!”, kiepskimi dowcipami i szklistą powłoką sugerującą, iż Tiffany nie bardzo się orientuje, co mówi i do kogo.
Keshia z irytacją spojrzała na zegarek. Było już prawie wpół do szóstej, a powinna jeszcze wstąpić do domu i zdjąć kostium Chanel, który miała na sobie. A niech tam, Mark jakoś to przełknie, a przy odrobinie szczęścia w ogóle go nie zauważy. Jeśli, ma się rozumieć, będzie miał taką szansę; o tej porze złapanie taksówki graniczyło z cudem. Keshia rozejrzała się po ulicy z wzrastającym zniecierpliwieniem. W zasięgu wzroku nie było ani jednego wolnego wozu.
– Podwieźć cię? – rozległ się tuż przy niej czyjś głos i Keshia obejrzała się zaskoczona. Obok smukłego granatowego bentleya z szoferem w liberii stała Tiffany. Wóz, jak Keshia, wiedziała, należał do jej teściowej.
– Teściowa mi pożyczyła – bąknęła Tiffany niemal przepraszająco. W przedwieczornym słońcu, z dala od sal balowych i błyszczących fasad, Keshia ujrzała nagle postarzałą wersję szkolnej przyjaciółki ze zmarszczkami goryczy wokół oczu i przezroczystą, chorobliwie pożółkłą skórą. Znów przypomniała jej się własna matka. Z trudem zmusiła się, by spojrzeć Tiffany w oczy.
