
– Dzięki, kochanie, ale nie chciałabym cię fatygować.
– Co tam, przecież mieszkasz parę kroków stąd… Prawda? – Tiffany wypiła dość, by znów mieć kłopoty z pamięcią.
Uśmiechała się ze znużeniem, jak gdyby pobyt w świecie ludzi dorosłych śmiertelnie ją zmęczył. Mimo to przez ułamek sekundy Keshia miała wrażenie, ze znów widzi dawną, jaśniejącą urodą Tiffie.
– Nie jadę do domu – wyjaśniła.
– Nie szkodzi. – Na twarzy Tiffany malowała się rozpaczliwa samotność.
Keshia poczuła łzy wzbierające w gardle. Nie mogła odmówić.
– Dzięki.
Podeszła do samochodu, ze wszystkich sił starając się myśleć o czymś innym. Nie chciała płakać przy Tiffany, a poza tym, na miły Bóg, nad czymże miała płakać? Nad śmiercią matki przed dwudziestu laty?… Nad tą dziewczyną, która już stała jedną nogą w grobie? Pośpiesznie odsunęła od siebie tę myśl, zapadając w miękkie wyściełane siedzenie. Barek już był otwarty. Teściowa zaopatrywała go wcale nieźle.
– Harley, znowu zabrakło bourbona.
– Tak jest, proszę pani – odparł z niezmąconą miną Harley, Tiffany zaś odwróciła się do Keshii:
– Chcesz drinka? Keshia potrząsnęła głową.
– Nie, i może ty też się lepiej wstrzymaj…
Tiffany zapatrzyła się w okno, ściskając w dłoni kieliszek. Usiłowała sobie przypomnieć, czy Bill będzie w domu na kolacji. Wybierał się na trzy dni do Londynu, ale nie była pewna, czy miało to być w przyszłym tygodniu… czy w zeszłym.
– Keshia?
– Tak?
– Czy ty mnie kochasz? – Tiffany z przerażeniem zakryła dłonią usta. Prześladujący ją demon znów wymknął się spod kontroli. – Przepraszam… – wyjąkała – Ja… myślałam o kim innym…
Keshia poczuła, że łzy płyną jej po twarzy.
– W porządku, Tiffie. W porządku. – Objęła przyjaciółkę ramieniem.
Szofer zerknął w lusterko i szybko odwrócił wzrok. Słyszał z tyłu cichy szloch, ale nie był pewien, która z kobiet płacze. Siedział za kierownicą sztywno wyprostowany, cierpliwy, niewzruszony i nieobecny. Bo też jego osoba wcale się nie liczyła, dla pasażerek z tyłu nie istniał. Odczekał pełne pięć minut, nim ostrożnie zagadnął:
