
– Proszę pani?
– Tak, Harley? – głos Tiffany był ochrypły i niemal dziecinny.
– Dokąd mam zawieźć pannę Saint Martin?
– Do… nie wiem. – Tiffany otarła oczy rękawiczką i zmusiła się do uśmiechu. – Dokąd jedziesz?
– Możesz mnie podrzucić do Sherry Netherland?
– Jasne.
Siedziały obok siebie, trzymając się za ręce: rękawiczka z beżowej koźlęcej skórki splatała się z czarną zamszową. Milczały. Musiały milczeć; gdyby którakolwiek się odezwała, mogłaby powiedzieć zbyt wiele.
Tiffany miała ochotę zaprosić Keshię do siebie, lecz nie wiedziała, czy Bill będzie w domu, a Bill nie był w stanie ścierpieć jej znajomych. Chciał mieć spokój, nie lubił, gdy go zmuszano, by pełnił honory domu, i nienawidził towarzyskiej paplaniny. Tiffany znała reguły. Żadnych gości – chyba że przyprowadzi ich Bill. Dlatego była taka samotna, kiedy umarł tatuś, a matka… cóż, matka… Myślała wtedy, że gdyby mieli dzieci… Bill jednak nie chciał mieć dzieci. Teraz jej dzieci jadały kolację o wpół do szóstej z nianią Singleton, niania zaś uważała, iż to „nierozsądne”, by matka siedziała z nimi. Twierdziła, że to je „peszy”. Tiffany więc jadła samotnie przy wielkim stole o siódmej trzydzieści. Ciekawe, czy Bill byłby bardzo zły, gdyby…
– Keshia?
– Hm? – Keshia ocknęła się z własnych niewesołych myśli.
– Może wpadłabyś dziś do mnie na kolację? – W oczach Tiffany malowała się dziecinna nadzieja, że ten przepyszny pomysł się ziści.
– Tiffie, przykro mi, kochanie, ale naprawdę nie mogę.
Nie mogła przez wzgląd na samą siebie. Potrzebny był jej Mark, żeby przetrwać, a ten dzień i tak był dostatecznieprzygnębiający.
