
– Naprawdę bardzo mi przykro – dodała.
– Nic nie szkodzi – rzuciła lekko Tiffany.
Bentley zatrzymał się przed wejściem do SherryNetherland. Uścisnęły się serdeczniej niż zwykle, co u jednej wypływało z wyrzutów sumienia, u drugiej zaś – z tęsknoty.
– Obiecaj mi, że będziesz dbać o siebie.
– Jasne.
– I zadzwoń do mnie niedługo. Tiffany skinęła głową.
– Słowo?
– Słowo.
Za szybą samochodu Keshia zobaczyła twarz starej kobiety.
Odczekała kilka minut w holu, po czym wyszła na ulicę, wezwała taksówkę i pojechała do SoHo, usiłując wymazać z pamięci mękę malującą się w oczach przyjaciółki.
Oddalająca się w przeciwnym kierunku Tiffany pośpiesznie nalała sobie jeszcze jeden kieliszek whisky.
– Rany boskie, kopciuszek wrócił z balu! Gdzie podziałaś moją koszulę?
– Przepraszam, kochanie, zostawiłam ją u siebie.
– Jedną mogę spisać na straty. Byłaś na balu czy rzeczywiście kandydujesz na stołek prezydenta? – Mark oparł się o ścianę, odrywając wzrok od sztalug i przenosząc go na nią.
– Prawdę mówiąc, ubiegam się o fotel senatora. Kampania prezydencka, to takie wyświechtane… Zaraz zrzucę to z siebie i pójdę po jakiś prowiant.
– Zanim pani wyjdzie, pani senator… – Mark ruszył do niej z przewrotnym uśmieszkiem.
– Yhm? – Keshia była już bez żakietu, miała rozpuszczone włosy i do połowy rozpiętą bluzkę.
– Tak, tak. Odczułem dziś twój brak.
– Nie sądziłam, że w ogóle zauważysz, że mnie nie ma, drogi mój poeto. Byłeś taki zapracowany!
– Teraz jestem wolny – złapał ją na ręce i zarzucił sobie na ramię. – Bardzo ładnie wyglądasz taka wystrojona. Jesteś trochę podobna do tej babki z gazety, tylko mniej jędzowata.
– O, słodkie złudzenia!
– Tylko na twój temat.
– Głuptas. Cudowny, słodki głuptas – pocałowała go delikatnie i już po chwili reszta jej odzienia rozsiana była po całej sypialni.
Zanim podnieśli się z łóżka, było ciemno.
