
– Która godzina?
– Dochodzi dziesiąta. – Keshia przeciągnęła się i ziewnęła.
Mark wychylił się z łóżka, żeby zapalić świecę, po czym z rozkoszą wtulił się znów w jej ramiona.
– Chcesz iść gdzieś na kolację?
– Nie.
– Ja też nie, ale jestem głodny, a ty pewnie nie kupiłaś niczego do jedzenia?
Keshia potrząsnęła głową.
– Za bardzo mi się spieszyło. Jakoś bardziej do ciebie niż do Fiorelli.
– Nie ma sprawy. Napchamy się markizami i masłem orzechowym.
– Fuj! – Keshia złapała się za gardło udając, że się dławi. W końcu wylądowali w wannie, z której większość wody wychlapali na podłogę, a potem oboje wytarli się jednym ręcznikiem Marka. Z domu towarowego Korvette, bez monogramu.
Jaka szkoda, myślała Keshia, że odkryłam SoHo tak późno. Może gdyby miała dwadzieścia lat, wydałoby jej się rzeczywiste, być może nawet uwierzyłaby, że jest to miejsce dla niej. Teraz bawiło ją, wzruszało, lecz nie czuła się tu u siebie. Jej miejsce było gdzie indziej, choć wcale go nie pragnęła.
– Nad czym tak dumasz?
– Chyba muszę sobie parę rzeczy przemyśleć. – Keshia wzruszyła ramionami i sięgnęła po ciastko.
– Coś ważnego?
– Mój drogi, kiedy będziesz miał tyle lat co ja, sam dojdziesz do wniosku, że niewiele jest rzeczy naprawdę ważnych.
Nawet ty, miły, dodała w duchu.
– Czy w razie czego mogę się na ciebie powołać, Matuzalemie?
– Oczywiście. Ludzie powołują się na mnie od wieków – Keshia roześmiała się na przekór własnym myślom. Jesienna noc była taka cicha, taka czysta…
– Co cię tak bawi?
– Wszystko. Absolutnie wszystko.
– Chyba jesteś pijana – zawyrokował wesoło. Keshia pożałowała w duchu, że tak nie jest.
– Może troszkę pijana życiem… twoim życiem.
– Dlaczego akurat moim? Czym aż tak bardzo się od siebie różnimy?
O Jezu, pomyślała. Tylko nie teraz!
– Tym, że ja zostanę senatorem, rzecz jasna! Przyciągnął ją do siebie, poważniejąc.
