
Chciałby, żeby już sobie poszła. Jej oczy budziły niepokój. Słyszał o ludziach z szarymi oczami, a jej oczy naprawdę były szare, jak u niewidomego… Mimo to najwyraźniej patrzyła na niego… i poprzez niego.
— Tak. Wyniknęły z tego pewne drobne kłopoty, prawda?
— Ja… nie… nie wiem, o czym pani…
— W Gildii Zegarmistrzów… Williamson nastawiał swój zegar o pięć minut do przodu… A pan…
— Teraz czuję się o wiele lepiej — oznajmił sztywno Jeremy. — Mam lekarstwo. Gildia była dla mnie bardzo dobra. A teraz proszę już iść.
— Panie Jeremy, chcemy, żeby zbudował pan dla nas zegar, który jest dokładny.
— Wszystkie moje zegary są dokładne — odparł Jeremy, wbijając wzrok w podłogę. Swoje lekarstwo miał wziąć dopiero za pięć godzin i siedemnaście minut, ale czuł, że jest mu potrzebne teraz. — I raz jeszcze muszę prosić…
— Jak dokładne są pańskie zegary?
— Poniżej sekundy na jedenaście miesięcy — poinformował natychmiast Jeremy.
— To bardzo dobra punktualność?
— Tak.
Rzeczywiście była bardzo dobra. Dlatego gildia okazała mu tyle zrozumienia. Geniuszowi zawsze pozwala się na pewną swobodę, kiedy już wyrwie mu się z rąk młotek i zmyje krew.
— Potrzebujemy lepszej dokładności.
— To niemożliwe.
— Mamy zrozumieć, że nie potrafi pan zbudować dokładniejszego zegara?
— Nie, nie potrafię. A jeśli ja nie potrafię, to nie dokona tego żaden inny zegarmistrz w mieście. Wiedziałbym, gdyby im się udało.
— Taki dumny? Jest pan pewien?
— Wiedziałbym.
Wiedziałby. Wiedziałby na pewno. Zegary świecowe czy wodne… to były zabawki, które trzymał ze względu na pewien szacunek dla tych początków mierzenia czasu. A i tak poświęcił długie tygodnie na eksperymenty z różnymi rodzajami wosku i pojemników, nim w końcu zmienił te prymitywne czasomierze w coś, według czego prawie by można regulować zegarek. Nic nie szkodzi, że nie mogły być zbyt dokładne — to proste, organiczne twory, parodie czasu. Nie działały mu na nerwy. Ale prawdziwy zegar… no cóż, to był mechanizm, przedmiot kierowany liczbami, a liczby muszą być perfekcyjne.
