
Mrugnął do panny Susan jarzącym się błękitem oczodołem.
Szybkimi ruchami, nie patrząc nawet, panna Susan jedną ręką odsunęła kałamarz, a drugą sięgnęła po gruby tom baśni. Uderzyła nim w otwór tak mocno, że czarnoniebieski atrament chlapnął na bruk.
Potem uniosła blat biurka i zajrzała do środka.
Oczywiście, niczego tam nie było. Przynajmniej niczego makabrycznego…
…chyba żeby liczyć kawałek czekolady, do połowy zgryziony szczurzymi zębami, i liścik napisany ciężkim gotykiem:
Spotkamy się
podpisany dobrze znanym symbolem alfy i omegi oraz słowem
Dziadek
Susan chwyciła kartkę i zmięła ją w kulkę. Zauważyła, że trzęsie się ze złości. Jak on śmiał? I jeszcze wysłał tu szczura!
Rzuciła kulkę do kosza. Nigdy nie chybiała. Czasami kosz się przesuwał, by nie chybiła.
— A teraz wybierzemy się sprawdzić, która godzina jest w Klatchu — powiedziała do czekających dzieci.
Na biurku książka otworzyła się na pewnej szczególnej stronie. Później nadejdzie czas czytania bajek… Panna Susan zastanowi się — za późno — dlaczego ta książka znalazła się na jej biurku, jeśli wcześniej nawet jej nie widziała.
A plama czarnoniebieskiego atramentu miała pozostać na bruku placu w Genoi, dopóki nie zmyje jej wieczorna ulewa.
Tik
Jakie pierwsze słowa czytają szukający oświecenia w tajemniczych, rozbrzmiewających gongami, nawiedzanych przez yeti dolinach niedaleko osi świata? Te, które widzą, kiedy zaglądają w „Życie Wena Wiecznie Zaskoczonego”.
Pierwsze pytanie, jakie zadają, brzmi:
— Dlaczego on był wiecznie zaskoczony?
I słyszą w odpowiedzi:
— Wen rozważył naturę czasu i zrozumiał, że wszechświat jest, chwila za chwilą, odtwarzany na nowo.
