
A w największej, najzieleńszej, najprzestronniejszej ze wszystkich dolin, gdzie dojrzewają morele, a nawet w najgorętsze dni strumykami spływa lód, wyrasta klasztor Oi Dong, gdzie żyją waleczni mnisi zakonu Wena. Inne sekty nazywają ich mnichami historii. Niewiele wiadomo o ich działalności, choć niektórzy dostrzegli niezwykły fakt, że w ich dolinie zawsze trwa piękny wiosenny dzień, a gałązki drzew wiśniowych zawsze pokryte są kwiatami.
Plotka głosi, że mnisi mają obowiązek dopilnować, by jutro nastąpiło zgodnie z jakimś mistycznym planem stworzonym przez człowieka, który cały czas był zaskoczony.
W rzeczywistości już od pewnego czasu — a byłoby niemożliwe i wręcz śmieszne określenie, od jak dawna — prawda była bardziej niezwykła i bardziej niebezpieczna.
Obowiązkiem mnichów historii było pilnowanie, by jutro w ogóle nadeszło.
Mistrz nowicjatu spotkał się z Rinpo, głównym akolitą opata. W tych dniach stanowisko głównego akolity było bardzo ważne. W swym obecnym stanie opat wymagał troskliwej opieki, a jego okres skupienia uwagi był dość krótki. W takich okolicznościach zawsze znajdzie się ktoś chętny, by ponieść brzemię. Wszędzie są jacyś Rinpo.
— To znowu Ludd — rzekł mistrz nowicjatu.
— Och, przecież jeden nieposłuszny dzieciak nie może sprawić ci kłopotów.
— Zwykły nieposłuszny dzieciak nie. Skąd on pochodzi?
— Mistrz Soto go przysłał. Pamiętasz? Z sekcji Ankh-Morpork. Znalazł go gdzieś w mieście. Chłopak ma wrodzony talent, jak rozumiem — wyjaśnił Rinpo.
Mistrz nowicjatu był zaszokowany.
— Talent? To złośliwy złodziejaszek! Przypominam sobie, że był uczniem w Gildii Złodziei!
— I co? Dzieci czasami kradną. Wystarczy zbić je trochę i przestają. To edukacja na poziomie podstawowym.
