
— Tak, ale…
— Mam na imię Igor, fir. To moje referencje.
Ręka sugerująca katastrofę w tartaku, pokryta licznymi szwami, podała Jeremy’emu plik papierów. Odskoczył odruchowo, ale zaraz się zawstydził i wziął je.
— Myślę, że to jakieś nieporozumienie — oświadczył.
— Nie, żadne nieporozumienie — zapewnił Igor, spośród szczątków skrzyni wyciągając torbę. — Potrzebuje pan afyftenta. A jefli chodzi o afyftentów, nie można trafić lepiej niż z Igorem. Wfyfcy to wiedzą. Czy moglibyfmy zejfć z defczu, fir? Kolana mi rdzewieją.
— Ja wcale nie potrzebuję asys… — zaczął Jeremy, ale to przecież nie była prawda. Nie potrafił tylko utrzymać asystenta. Wszyscy odchodzili po tygodniu.
— Dzień dobry! — odezwał się wesoły głos.
Następny wózek stanął przed drzwiami. Ten lśnił higieniczną bielą, był pełen baniek z mlekiem i miał wymalowane na burcie „Ronald Socha, Mleczarz”. Jeremy z roztargnieniem spojrzał na promiennego pana Sochę trzymającego w obu dłoniach po butelce mleka.
— Pół kwarty, jak zwykle. I może drugie, skoro ma pan gościa?
— No… Tak, dziękuję.
— A jogurt, szefie, jest w tym tygodniu doskonały — dodał zachęcająco pan Socha.
— Nie, raczej nie, panie Socha.
— Potrzebne może jajka, śmietana, masło, maślanka albo ser?
— Właściwie nie, panie Socha.
— Wedle życzenia — rzekł niespeszony pan Socha. — W takim razie do jutra.
— No… tak — rzucił Jeremy, gdy wózek ruszył w dalszą drogę.
Pan Socha był przyjacielem, co w ograniczonym słowniku towarzyskim Jeremy’ego oznaczało kogoś, do kogo się odzywa raz czy dwa razy w tygodniu. Akceptował mleczarza, ponieważ zjawiał się regularnie i był punktualny — butelki z mlekiem trafiały przed drzwi z wybiciem siódmej.
